Zdzisław Kościelak Radny Miasta Gdańska
Zdzisław Kościelak
Radny Miasta Gdańska
 
News & Updates

Archiwum

Wspomnienie o śp. Wacławie Balińskim

28.12.2010

 

Krótko przed Świętami Bożego Narodzenia, po długiej i ciężkiej chorobie odszedł do wieczności śp. Wacław Baliński, wiceprzewodniczący Rady Miasta Gdańska kadencji 1994-1998 oraz zastępca Prezydenta Miasta Gdańska w latach 1998-2001.

 

Poznałem Go latem 1993 r. Kandydowałem wtedy do Senatu RP z ramienia Unii Polityki Realnej, On był ważnym działaczem gdańskiego Porozumienia Centrum. I chociaż mnie wcześniej nie znał, orędował za mną u swoich kolegów z lokalnych władz PC, aby udzielili mi swojego poparcia w wyborach do Senatu: na skutek tarć na linii Jarosław Kaczyński – Jan Olszewski ten ostatni odszedł z PC tworząc własny Ruch dla Rzeczypospolitej (RdR). Rozłam spowodował, że ani PC, ani RdR, w przeciwieństwie do UPR, nie zebrały wymaganych trzech tysięcy podpisów dla swoich kandydatów. Wacław z własnej inicjatywy nawiązał ze mną kontakt i zaprosił na zebranie władz swojej partii. Cóż, kierujących wtedy gdańskim PC posłów Czesława Nowaka i Edmunda Krasowskiego nie przekonałem, ale sympatia do Wacława pozostała.

 

Niecały rok później spotkaliśmy się w Radzie Miasta Gdańska, do której Wacław Baliński wszedł z listy   Zjednoczenia dla Ziemi Gdańskiej, utworzonej przez PC, ZChN, „Solidarność” oraz inne ugrupowania szeroko pojętej centroprawicy i został wiceprzewodniczącym Rady. Ja tymczasem wszedłem z listy osiągającej wtedy szczyty popularności (ponad 10% głosów we wszystkich większych aglomeracjach) UPR i zostałem szefem Klubu Radnych tej partii, mieliśmy więc wiele okazji do spotkań nie tylko formalnych. Przekonałem się, że zawsze można na Niego liczyć – był daleki od intryg, taniego efekciarstwa i pustosłowia, tak częstego po każdej stronie politycznej sceny. Kilkanaście lat ode mnie starszy i życiowo nieporównywalnie bardziej doświadczony (chociaż pochodził z senatorskiego rodu z Wielkopolski, urodził się w 1941 r. na Kresach, skąd został wywieziony na Syberię), nigdy nie okazywał wyższości – przeciwnie, nim podjął decyzję, zawsze słuchał, co mają do powiedzenia inni.

 

Rada Miasta nie była wtedy dzisiejszą maszynką do głosowania, potrafiącą przyjąć 70 uchwał w trzy godziny: sesje trwały do późnych godzin wieczornych, niektóre nawet do pierwszej w nocy; Prezydent Miasta nie znikał (jak dzisiaj) po wygłoszeniu przemówienia o swoich sukcesach z ostatniego miesiąca, lecz siedział wraz z radnymi do samego końca. Był bowiem wybierany przez Radę – nie mógł więc odwoływać się do udzielonego mu przed kilku laty poparcia anonimowych wyborców, lecz do każdego swego pomysłu musiał przekonać większość Rady. Z tym zaś różnie bywało: radni mieli wówczas swoje zdanie, a mnogość ugrupowań i brak 5%-wej klauzuli zaporowej sprawiały, że nie musieli się obawiać pominięcia na liście, gdyby zagłosowali inaczej niż zarządziły władze ich partii.

 

Nie pamiętam już, czego dotyczyła jedna z uchwał omawianych na jednej z takich długich sesji – musiała być dla mnie na tyle ważna, że przygotowałem doń płomienne przemówienie. Kiedy wreszcie wszedłem na mównicę, aby je wygłosić – zauważyłem, że prowadzący obrady Wacław przez cały czas daje mi jakieś znaki. Kiedy skończyłem i po zwyczajowych oklaskach podszedłem do prezydialnego stołu zapytać Go, o co chodzi – Wacław szepnął mi, że punkt porządku obrad, którego dotyczyła wygłoszona przeze mnie mowa, będzie dopiero za chwilę... Najlepsze jednak było to, że oprócz Niego nikt tego nie zauważył!

 

Po raz kolejny zetknęliśmy się wiosną 1999 r., w trakcie przygotowań do drugiej wizyty papieża – Polaka na gdańskim Wybrzeżu. Dane mi było zostać przewodniczącym Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Jana Pawła II przy naszej świątyni i w dziele tym współpracowaliśmy z władzami miasta, z których ramienia sprawą tą zajmował się właśnie Wacław. Po jednym ze spotkań w tej sprawie powiedział mi, że Jan Paweł II prędzej czy później zostanie ogłoszony świętym i Plac Trzeciego Tysiąclecia z pomnikiem i naszą świątynią będzie Jego gdańskim sanktuarium. Prawdę mówiąc, odniosłem się do tych słów sceptycznie: pomnik musi być, ale że sanktuarium... Co tu kryć, wydawało mi się to mało realne. Przypomniałem sobie te słowa sześć lat później, kiedy po śmierci Ojca Św. tu właśnie gromadziły się tłumy gdańszczan i działo się tak odtąd w każdą rocznicę tego wydarzenia. A teraz, kiedy już wiemy, że nasz Wielki Rodak zostanie beatyfikowany, słowa Wacława wydają mi się wręcz prorocze.

 

Jestem więc przekonany, że Sługę Bożego Jana Pawła II, któremu w styczniu 1997 r. Wacław wraz z delegacją Rady Miasta Gdańska wręczał dary podczas specjalnej Mszy św. celebrowanej w Watykanie na rozpoczęcie roku Milenium Gdańska, spotyka teraz osobiście w Niebie...

 

 

Co mnie rajcowało?

26.11.2010

 

Na początek raz jeszcze dziękuję wszystkim, dzięki którym – niespodziewanie nawet dla samego siebie – mogłem ponownie, po ośmiu latach przerwy, zostać rajcą naszego szacownego grodu. Szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek w ogóle zasiądę we wspaniałej sali obrad Nowego Ratusza, wyposażonej w system głosowania podobny do sejmowego, którego nie ma nawet Rada Warszawy. Spośród ogółem 910 krzyżyków, jakie 12 listopada 2006 r. postawiono przy moim nazwisku, aż 600 pochodziło z Rozstajów; to dzięki nim, z wydawałoby się pozbawionego szans szóstego miejsca na liście, zostałem radnym.

 

Tak szczęśliwe dla mnie wyniki tamtych wyborów sprawiły, że w Radzie Miasta Gdańska zasiedli jedynie przedstawiciele dwóch ugrupowań – Platformy Obywatelskiej (21 radnych) oraz Prawa i Sprawiedliwości (13 radnych). Wprawdzie wiosną 2008 r. wybrany z listy PO p. Sylwester Wysocki opuścił ten klub w proteście przeciwko wprowadzeniu dyscypliny w głosowaniu nad likwidacją jednej z dwóch specjalnych szkół zawodowych w Gdańsku i został radnym niezależnym – mimo to cały czas Platforma miała w Radzie tzw. stabilną większość.

 

Rządząca większość bardzo źle znosiła sytuację, w której teoretycznie wszystko było przesądzone, ale trzeba było, niestety, odsiedzieć te 6 – 8 (a czasem nawet więcej) godzin na twardych fotelach (często – co za męka! – bez żadnej przerwy) i fizycznie wszystko, uchwała po uchwale, przegłosować. Toteż przy trwających dłużej sesjach zdarzało się, że to my, tzn. opozycja na sali obrad stanowiliśmy na sali obrad większość. Praktycznie nie miało to znaczenia, bowiem – wbrew temu, co możnaby sądzić na podstawie medialnych relacji – 85% uchwał zapadała w zasadzie jednogłośnie. Różnica zdań, niekiedy wręcz konflikt, dotyczyły pozostałych 15% uchwał.

 

Raz jednak postanowiliśmy dać naszym pełnym wyższości koleżankom i kolegom z PO nauczkę – i widząc pustki w ich ławach zagłosowaliśmy przy jednej z takich mało ważnych uchwał przeciw, w związku z czym uchwała ta nie przeszła. Ileż to usłyszeliśmy wtedy pouczeń o „nieodpowiedzialności”, „braku powagi” itp. – bo winnymi temu, że nie przeszła wniesiona przez „ich” prezydenta uchwała byliśmy oczywiście my. Zresztą, ów ton wyższości, głębokiego przeświadczenia naszych kolegów z PO, że ich rządy tak w państwie, jak i w naszym mieście są czymś naturalnym, danym im raz na zawsze przez Boga i Historię, towarzyszył nam przez całą kadencję. Rzadko kiedy na sesjach rozpatrywano nasze merytoryczne argumenty. Byliśmy z PiSu, więc z założenia nie mieliśmy racji. Nawet za tak ewidentny przejaw typowo gierkowskiej niegospodarności, jak opóźniona o przeszło dwa lata budowa hali Ergo Arena na granicy Gdańska i Sopotu, która zamiast zakładanych 100 mln zł kosztowała ponad pięć razy więcej (dokładnie 524 mln zł) zdaniem dufnych „Platformiarzy” odpowiadali radni PiS – bo domagali się przejrzystych procedur i uzasadnienia wciąż rosnących kosztów.

 

Główna praca Rady nie odbywała się bynajmniej na relacjonowanych przez media comiesięcznych sesjach tzw. roboczych (bo oprócz nich są też sesje nadzwyczajne i uroczyste) – lecz w komisjach; liczą one od 5 do 7 radnych i każdy z nich obowiązany jest należeć do jednej lub dwóch. Ich kilkugodzinne posiedzenia odbywają się kilka razy w miesiącu – dyskutowane są na nich projekty uchwał, lecz także problemy zgłaszane przez poszczególne instytucje, organizacje bądź poszczególnych mieszkańców. W moim przypadku były to Komisja Kultury i Sportu oraz Komisja Samorządu i Ładu Publicznego. Pierwsza była miejscem współpracy z licznymi w naszym mieście instytucjami kultury i klubami sportowymi, druga – z Policją i Strażami: Miejską, Pożarną, Graniczną itp., a także z radami dzielnic i organizacjami obywatelskimi.

 

Działalność w obu komisjach dała mi naprawdę wiele satysfakcji – dzięki tej pierwszej mogłem np. zwiedzić Szaniec Jezuicki na Starych Szkotach, całkowicie do niedawna zarośnięty gęstymi, kilkumetrowymi krzakami, świeżo odkryte podziemia Bramy Wyżynnej czy remontowane poddasza kościołów Św. Katarzyny i Św. Trójcy; w ramach drugiej komisji miałem okazję uczestniczyć wraz z komendantami w/w państwowych, wojewódzkich i miejskich instytucji odpowiedzialnych za porządek i bezpieczeństwo w wyjeździe studialnym do Bazylei i Zurychu, gdzie pokazano nam od tzw. podszewki obiekty, na których raptem trzy miesiące wcześniej odbywała się szwajcarska cześć Euro 2008 oraz zapoznano nas z doświadczeniami dotyczącymi organizacji, a zwłaszcza zabezpieczenia tej wielkiej sportowej imprezy, której kolejna edycję   już za półtora roku będziemy gościć w Gdańsku. Sporządzony przeze mnie sześciostronicowy raport z tegoż wyjazdu trafił do mediów. Szczególne poruszenie wywołały zawarte w nim informacje o kosztach budowy tamtejszych stadionów – dla przykładu, budowa liczącego 42 tysiące miejsc stadionu Sankt Jakobs Park w Bazylei kosztowała 143 mln franków, czyli około 430 mln zł, a przecież pracownicy w Szwajcarii zarabiają o wiele więcej niż w Polsce. Kto wie, być może dzięki temu budowa stadionu w Letnicy kosztować będzie „tylko” 620 mln zł zamiast zapowiadanego miliarda. Swoją drogą, w takiej Szwajcarii stadion może nazywać się po prostu „Park Św. Jakuba” (od miejsca, gdzie został zbudowany): u nas musi być „europejsko”: Baltic Arena, Ergo Arena, PGE Arena...

 

Za swój osobisty sukces uważam także pomysł, aby Obwodnica Trójmiasta nosiła nazwę Alei Kazimierza Jagiellończyka. Zgłoszony przeze mnie w maju 2007 r., w 550 rocznicę nadania Gdańskowi przez tegoż monarchę przywilejów, dzięki którym stał się Gdańsk oczkiem w głowie i Złotą Bramą Rzeczypospolitej, projekt stosownej uchwały cztery miesiące później stał się faktem. Wkrótce identyczne uchwały podjęły też Rady Gmin Kolbudy i Pruszcz Gdański, przez które również przechodzi owa arteria, stająca się coraz bardziej wewnętrzna trasą komunikacyjną naszej aglomeracji; rozważa się już dziś publicznie kwestię dokładnego przebiegu nowej obwodnicy, bo konieczność jej budowy jest już poza dyskusją.

 

Oprócz Komisji statutowych, przez całą kadencję reprezentowałem Radę w komisji ds. zakupów książek do bibliotek miejskich. W latach 2006 – 2009 byłem przedstawicielem Rady Miasta Gdańska w komisji opiniującej przyznawanie Nagród Prezydenta oraz członkiem powołanego przez Radę zespołu ds. przygotowania nowego Statutu Miasta, a w latach 2009 i 2010 – członkiem kapituły Nagrody Teatralnej Miasta Gdańska. Brałem też udział w posiedzeniach doraźnego zespołu ds. współpracy z radami dzielnic i osiedli.

 

W toku kadencji naliczyłem 87 złożonych przez siebie interpelacji i zapytań, co lokuje mnie zdecydowanie w czołówce składających je rajców. Większość dotyczyła spraw okręgu, który reprezentowałem lub jego bezpośredniego sąsiedztwa, spraw, które wypatrzyłem sam, lub były mi zgłaszane przez mieszkańców. Co ciekawe, przez długi czas, za wyjątkiem spraw oczywistych, takich jak przycinka drzew lub koszenie traw na terenach miejskich, były one kwitowane negatywnie (np. opisywana na tych stronach sprawa zmiany trasy autobusu linii 124). Im bliżej końca kadencji, tym częściej Prezydent i jego zastępcy przyznawali mi rację.

 

Regularnie składałem też wnioski do Wieloletniego Planu Inwestycyjnego – wszystkie dotyczyły budowy i remontu tras komunikacyjnych: ul. Powstańców Wielkopolskich i Pstrowskiego w naszym sąsiedztwie, ul. Nad Stawem we Wrzeszczu oraz ul. Olimpijskiej w potwornie zakorkowanych Łostowicach. Wszystkie też zostały odrzucone; do realizacji przyjęto jedynie wniosek dotyczący prac studialnych nad odcinkiem tzw. Drogi Czerwonej (czyli planowanej już od lat 50-tych trasy biegnącej wzdłuż torów kolejowych, odciążających więc zatłoczoną Grunwaldzką) na odcinku pomiędzy ulicami Kołobrzeską a Kościuszki, gdzie praktycznie nie ma żadnych przeszkód w postaci zamieszkałych budynków, które należałoby wyburzyć. Wniosek wprawdzie przyjęto, tyle że bez przeznaczenia środków finansowych na jego realizację, toteż póki co pozostaje on jedynie zapisem na papierze, który – jak wiadomo – jest bardzo cierpliwy. W przeciwieństwie do inwestorów: ledwo bowiem mój wniosek został złożony, a obok przystanku SKM Zaspa powstał supermarket Lidla, od strony Kołobrzeskiej też rusza jakaś budowa – jakby komuś zależało, aby ta trasa nigdy nie powstała i byśmy po wieki wieków stali w wielokilometrowych korkach...

 

Są to już jednak problemy dla moich następców. W wyniku niedawnych wyborów samorządowych zostałem od tych tyleż prestiżowych, co czasochłonnych zajęć uwolniony. Stało się tak pomimo niemałej raczej aktywności, stosunkowo częstych kontaktów z mediami, regularnej obecności na łamach prasy i lepszego, jakby nie było, bo ostatniego miejsca na wyborczej liście. Do tego, abym mógł dalej pełnić mój mandat, zabrakło 161 głosów na listę PiS w całym, liczącym prawie 50 tys. wyborców, okręgu. Spośród nich około 120 musiałoby paść na mnie – jest to dokładnie tyle, o ile przez te cztery lata zmniejszyła się liczba popierających mnie osób na Rozstajach – 21 listopada padło tu na mnie 478 głosów, a zatem o 122 mniej niż w 2006 r.

 

Trudno o bardziej wyraziste wotum nieufności. Przyjmuję je z pokorą, ale też z niejaką ulgą, bo już zacząłem się zbyt niebezpiecznie wciągać w sprawy Miasta zaniedbując pracę i życie rodzinne. Niemniej wszystkim 807 osobom z całego okręgu wyborczego, obejmującego także Zaspę – Młyniec i Przymorze Wielkie, które mimo to ponownie obdarzyły mnie swoim zaufaniem, gorąco tą drogą dziękuję.

 

 

Po wyborach

23.11.2010

 

Jak już Państwu wiadomo, wybory do Rady Miasta w dniu 21 listopada br. nie przyniosły mi sukcesu. Lista Prawa i Sprawiedliwości, z której startowałem uzyskała w okręgu Zaspa – Przymorze tylko jeden mandat: zdobył go pierwszy na liście kol. Grzegorz Strzelczyk, któremu – jak widać – obszernie relacjonowana (i teraz przypomniana) przez media ekskursja do Petersburga w 2004 r. (a zwłaszcza wypity tam w nadmiarze alkohol) nie tylko nie zaszkodziła w uzyskaniu nominacji ugrupowania tyle mówiącego o zasadach, ale – dokładnie jak ongi Prezydentowi Kwaśniewskiemu – przyniosła popularność wystarczającą do tego, by przez najbliższe cztery lata reprezentować wyborców.

 

Pozostałe cztery mandaty z naszego okręgu przypadły rywalom z Platformy Obywatelskiej, która w wyborach tych odniosła miażdżące zwycięstwo (26 z ogólnej liczby 34 mandatów) i może w naszym mieście robić dokładnie wszystko, bez liczenia się z głosem rachitycznej opozycji.

 

Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli swój głos oddać na mnie. Wkrótce postaram się przedstawić podsumowanie kadencji i moich podczas niej działań.

 





OSTATNI, ALE NAJLEPSZY!


6.11.2010


W dniu dzisiejszym osobistym rozdawaniem ulotek w pasażu handlowym na Zaspie-Młyńcu Zdzisław Kościelak rozpoczął kampanię wyborczą. Hasło „Ostatni, ale najlepszy!” – będące swoistą   adaptacją znanego angielskiego powiedzonka „ Last but not least” – w sposób oczywisty nawiązuje do ostatniego, dziewiątego miejsca, z którego Zdzisław Kościelak – mieszkaniec gdańskiej Zaspy – kandyduje do Rady Miasta Gdańska z listy Prawa i Sprawiedliwości w swoim macierzystym okręgu, obejmującym oprócz obu części Zaspy dzielnicę Przymorze Wielkie.

 

Poniżej zamieszczamy główne elementy programu wyborczego Zdzisława Kościelaka na   nowa kadencję. Zapraszamy także do naszej „Galerii”, gdzie zamieszczamy pełną ulotkę wyborczą kandydata.

 

Szanowni Wyborcy! O tym, kto zostanie Waszym reprezentantem, nie decyduje miejsce na liście, lecz ilość uzyskanych głosów. Dlatego głęboko wierzymy, że   dzięki Wam 21 listopada okaże się, że ostatni będą pierwszymi!

 

Zdzisław Kościelak:

Jako radny będę zabiegał o:

 

Bezpieczeństwo wzdłuż nowych tras komunikacyjnych

 

Wyczekiwana od dawna rozbudowa układu komunikacyjnego Gdańska mieć będzie także negatywne konsekwencje. Na przebiegających środkiem naszych osiedli mieszkaniowych ulicach Jana Pawła II, Rzeczypospolitej, Czarny Dwór   i Obrońców Wybrzeża pojawi się znacznie większy ruch samochodowy. Nie można dopuścić, aby dla oszczędności środków finansowych zrezygnowano       z zabezpieczeń chroniących życie i zdrowie mieszkańców, a zwłaszcza dzieci.

 

Zwolnienie spółdzielców z podatku za „posiadanie” ulic

 

Nierozwiązanym problemem Przymorza i Zaspy są ulice wewnątrzosiedlowe, będące formalnie własnością spółdzielni mieszkaniowych i stanowiące majątek wspólny ich członków. I chociaż z ulic tych korzystać mogą wszyscy bez wyjątku, a zlokalizowane są przy nich obiekty użyteczności publicznej – koszty ich konserwacji, oświetlenia, sprzątania i odśnieżania ponoszą wyłącznie spółdzielcy, płacąc jeszcze z tytułu ich „posiadania” podatek od nieruchomości według stawek jak za prowadzenie działalności gospodarczej! Podatek ten, jako istotny składnik budżetu, idzie następnie do dzielnic zdominowanych przez budynki komunalne i prywatne na utrzymanie i remonty tamtejszych ulic będących własnością miasta. Tę jaskrawą niesprawiedliwość należy zlikwidować poprzez zwolnienie spółdzielni mieszkaniowych z tego podatku.

 

Straż Miejską przyjazną mieszkańcom

 

Straż Miejska nie może być traktowana jako źródło dochodów, a jej funkcjonariusze jak bezwzględni poborcy podatkowi, których najważniejszym zadaniem jest poprawa stanu miejskich finansów, a głównymi ofiarami – Bogu ducha winni kierowcy szukający wolnego miejsca do zaparkowania. Straż Miejska ma służyć mieszkańcom, a jej zasadniczym i jedynym celem winno być zapewnienie spokoju i czystości w naszym mieście.


Wystawa w Ośrodku Papieskim

12.06.2010

 

W ramach obchodów XXIII rocznicy pobytu Jana Pawła II na gdańskim wybrzeżu, a zwłaszcza pamiętnej Mszy św. na Zaspie, w Gdańskim Ośrodku Dokumentacji Nauczania Papieża Jana Pawła II przy kościele pw. Opatrzności Bożej otwarto w dniu dzisiejszym wystawę przypominającą pomysł i budowę ołtarza, przy którym nasz Wielki Gość ową Mszę sprawował.

Spośród tysięcy ołtarzy wzniesionych na szlakach niezliczonych papieskich podróży, ołtarz gdański był niezwykły i niepowtarzalny, stanowiąc jedyne w swoim rodzaju dzieło sztuki. Doskonale oddawał ducha naszego Miasta, współtworząc niezapomnianą atmosferę tamtego wielkiego dnia, w której mieliśmy szczęście uczestniczyć – i jaka szkoda, że oglądać go możemy jedynie na zdjęciach.

Już tylko za to jego twórcy i budowniczowie, w tym niedawno zmarły Honorowy Obywatel Miasta Gdańska, śp. Marian Kołodziej, godni są naszej pamięci.



Krupnik po gdańsku

11.06.2010

 

Po majowej sesji Rady Miasta Gdańska, podczas której głosami radnych Platformy Obywatelskiej przyjęto w Statucie Miasta zapis dający wprawdzie mieszkańcom prawo zgłaszania własnych projektów uchwał, jednak obwarowujący je trudnym do spełnienia – zwłaszcza dla małych społeczności lokalnych – wymogiem uzyskania aż dwóch tysięcy podpisów. Jest to znacznie więcej niż w Gdyni lub w Sopocie, gdzie złożyć taki projekt może odpowiednio pięciuset lub dwustu obywateli.

 

Decyzja radnych PO odbiła się sporym echem w mediach. Jego wyrazem były m.in. obszerne artykuły w „Polsce – Dzienniku Bałtyckim” oraz w „Gazecie Wyborczej Trójmiasto”. W obu tekstach głównym bohaterem walki o uchwałodawcze prawa obywateli jawi się ...wiceprzewodniczący Klubu Radnych PO, p. Maciej Krupa. Warto zatem przypomnieć podstawowe, udokumentowane fakty:

 

- w dniu 25 marca br. Maciej Krupa, Radny Miasta Gdańska złożył w Komisji Samorządu i Ładu Publicznego (prowadzącej prace nad nowelizacją Statutu) podpisane przez siebie pismo zawierające „propozycję zmiany do Statutu Miasta Gdańska”, mówiącą, że do prawo wnoszenia projektów uchwał mieć będzie także „co najmniej 2000 mieszkańców Miasta Gdańska posiadających czynne prawo wyborcze i wpisanych do stałego rejestru wyborców w Mieście Gdańsku”. Postulat ten został następnie zaakceptowany przez w/w Komisję, w której PO ma zdecydowaną większość i wpisany do przedstawionego radnym oficjalnego projektu Statutu;

 

- na sesji Rady w dniu 27 maja br. uchwalającej nowy Statut radny Krupa zagłosował przeciw poprawce radnego Zdzisława Kościelaka, aby do zgłoszenia obywatelskiego projektu uchwały wystarczył tysiąc, zamiast dwóch tysięcy, podpisów. Poprawka ta uzyskała 16 głosów „za”: oprócz kompletu radnych PiS i niezależnego Sylwestra Wysockiego poparło ją dwoje radnych PO – Agnieszka Owczarczak i Stanisław Sikora. Przeciw było 18 radnych PO. Gdyby p. Krupa rzeczywiście chciał tysiąca podpisów i jeszcze namówił chociażby jedną/ego koleżankę lub kolegę – wynik głosowania byłby odwrotny i w Statucie mielibyśmy tysiąc podpisów.

 

Jak pisze „Gazeta Wyborcza”, radny Krupa chciał tysiąca podpisów, jednak musiał się poddać dyscyplinie klubowej”. Zaiste, biedaczysko. Jakiż to straszny musi panować w owym klubie terror, skoro jego wiceprzewodniczący , prywatnie mąż wpływowej podobno posłanki Agnieszki Pomaskiej, przestraszył się tak bardzo, że aż   zrezygnował z – podobno własnych – pomysłów. I jak odważni byli owi dwoje spośród rajców PO, którzy pomimo owego „terroru” poprawkę radnego Kościelaka postulującą tysiąc podpisów, poparli.



Dwadzieścia lat samorządności: samochody są, dróg brak

28.05.2010

 

Z okazji XX rocznicy pierwszych w Polsce w pełni wolnych wyborów samorządowych (w II Rzeczypospolitej w większości miast, szczególnie na Pomorzu, władzę sprawowali mianowani przez rząd komisarze) w Teatrze Wybrzeże odbyła się uroczysta sesja Rady Miasta Gdańska. Udział w niej wziął m.in. Prezydent Miasta Gdańska, p. Paweł Adamowicz, który w swoim (przy)długim wystąpieniu przedstawił dane liczbowe mające świadczyć o niesamowitym wręcz rozwoju, jaki stał się udziałem naszego miasta w minionym dwudziestoleciu, w domyśle: pod jego światłymi rządami: wszak przez pierwsze cztery lata był radnym, następne cztery lata – przewodniczącym Rady Miasta Gdańska, a od 1998 r. nieprzerwanie Prezydentem.

 

Z potoku zaprezentowanych przez Pana Prezydenta liczb mogliśmy się dowiedzieć, że w 1990 r. było w Gdańsku zarejestrowanych ok. 80 tys. samochodów, z tego ponad 60 tys. osobowych; po dwudziestu latach samorządności w miejskim rejestrze figuruje 300 tys. samochodów, z tego 230 tys. osobowych – co ma być miarą sukcesu jego, Pawła Adamowicza, rządów. Jednak wpływ miłościwie nam panującego Pana Prezydenta   na tak znaczący wzrost liczby aut w naszym mieście był praktycznie żaden: jest to rezultat ogólnego wzrostu naszej zamożności, realnego spadku cen wyrobów przemysłowych, powrotu naszej waluty do wymienialności itp. czynników, o wrodzonej (genius loci...) przedsiębiorczości samych gdańszczan nie zapominając.

 

Od Prezydenta, zwłaszcza takiego, który przez cały czas swoich rządów cieszył się większością w uchwalającej budżet Radzie, zależy natomiast ilość wybudowanych i wyremontowanych dróg na rządzonym przezeń terenie. Czy jest ich cztery razy więcej niż na początku naszej polskiej samorządności? Odpowiedź jest oczywista: nie!  



Obywatelska tylko z nazwy

27.05.2010

 

Punktem obrad dzisiejszej sesji Rady Miasta Gdańska, który wzbudził najgorętszą dyskusję, był nowy Statut Miasta. Polem sporu okazała się kwestia   tzw. inicjatywy obywatelskiej, czyli możliwości wnoszenia projektów uchwał przez mieszkańców (w tej chwili prawo takie mają jedynie radni – bądź to jako komisje Rady, kluby radnych lub poszczególni radni w liczbie co najmniej siedmiu).

W toku prac nad Statutem (będącym dla miasta tym, czym dla całej RP jest Konstytucja), radny Maciej Krupa (PO) zaproponował zapis umożliwiający zgłaszanie obywatelskich projektów przez grupę 2000 obywateli. Zdominowana przez Platformę Obywatelską Rada Miasta Gdańska odrzuciła wniesioną przez radnego Zdzisława Kościelaka poprawkę, aby do złożenia takiego projektu wystarczył tysiąc podpisów – co w przeliczeniu na liczbę mieszkańców Gdańska najlepiej odpowiada 100.000 podpisów wymaganych do przedstawienia tzw. obywatelskiego projektu ustawy w Sejmie. Radni Platformy – przy akompaniamencie rytualnych wręcz zaklęć o „podmiotowości”, „obywatelskości” i „samorządności”- nie zgodzili się nawet na to, aby prawo zgłaszania projektów uchwał miały rady dzielnic! Jak widać, Platforma „obywatelska” jest tylko nazwy...



Tragedia w rocznicę Katynia
10.04.2010

Nie ma wśród nas chyba nikogo, kto był w stanie uwierzyć w tę nieprawdopodobną wiadomość: dziś rano w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginął Prezydent RP Lech Kaczyński i jego żona Maria, a wraz z Nimi plejada wybitnych osobistości polskiego ż ycia politycznego i publicznego.
Są wśród Nich ludzie, których - tak jak śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego - darzyłem wielkim szacunkiem: bojowniczka o wolność i prawdę - Anna Walentynowicz, Honorowy Obywatel Miasta Gdańska - Ryszard Kaczorowski, rzecznik praw obywatelskich - Janusz Kochanowski, prezes IPN - Janusz Kurtyka, poseł Zbigniew Wassermann - i wielu, wielu innych.
W sposób szczególny wspominam Tych, których znałem osobiście jeszcze z czasów zmagań z komunistycznym zniewoleniem: śp.Arkadiusza Rybickiego i śp. Macieja Płażyńskiego.
Niech dobry Bóg, który w Swoich niezbadanych wyrokach zechciał wezwać Ich wszystkich na służbę do Swego Królestwa, okaże Im Swoje Miłosierdzie i przyniesie ukojenie osieroconym Rodzinom.


Za pięć lat - z Zaspy na lotnisko w 10 minut?

18.03.2010
W dniu dzisiejszym w sali obrad Rady M iasta Gdańska w Nowym Ratuszu miała miejsce debata na temat Pomorskiej Kolei Metropolitalnej. Jej organizatorami byli: Urząd Marszałkowski Województwa pomorskiego i redakcja "Polski - Dziennika Bałtyckiego". W debacie prowadzonej przez niestrudzonego orędownika kolei, redaktora Pawła Rydzyńskiego wzięło udział ponad sto osób w tym przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury, władz samorządów wszelkich szczebli,  m.in. prezydent Gdyni  p.Wojciech Szczurek, wiceprezydent Gdańska p.Maciej Lisicki, a także radny Zdzisław Kościelak. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za pięć lat podróż z Zaspy na lotnisko w Rębiechowie zajmie nam 10 minut, a do Kartuz niespełna godzinę. Podczas debaty radny Kościelak zadał pytanie o możliwość rozszerzenia projektu w przyszłości o istniejące już szlaki kolejowe na Olszynkę, Przeróbkę w kierunku Portu Północnego. Nikt z obecnych decydentów i ekspertów nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie - a szkoda.



Autobus „124” po staremu

7.12.2009

 

Dużą spółdzielnię mieszkaniową śmiało można przyrównać do „miasta w mieście”. Spółdzielnia taka nie tylko bowiem zarządza budynkami mieszkalnymi i lokalami użytkowymi, ale także leżącymi wśród nich ulicami i chodnikami oraz terenami zielonymi i rekreacyjnymi, stanowiącymi wspólną własność jej członków. W dawnych czasach takie miejskie enklawy wyjęte spod zarządu magistratu nazywano jurydykami. Dzisiejsze osiedla spółdzielni mieszkaniowych różnią się od nich tym, że nie należą do pojedynczego magnata, lecz kilku tysięcy spółdzielców.

 

Dawno temu stan taki siłą rzeczy powodował liczne konflikty pomiędzy mieszkańcami – i dziś nie jest inaczej. Żeby się o tym przekonać, wystarczy pójść np. na zebrania grup członkowskich, na których szereg wniosków zgłaszanych pod adresem organów spółdzielni w rzeczywistości dotyczy władz miasta – i odwrotnie. A ponieważ tak się składa, że jestem aktualnie jednocześnie radnym miasta oraz mieszkańcem spółdzielni „Rozstaje”, niektóre z postulatów zgłoszonych na „mojej” grupie członkowskiej pozwoliłem sobie złożyć bezpośrednio prezydentowi Miasta Gdańska w formie interpelacji.

 

Jedną z takich spraw była kwestia zmiany trasy linii autobusowej nr 124 tak, aby w drodze powrotnej ze szpitala biegła ulicami Hallera, Gdańską i Chrobrego, zamiast – jak obecnie – ulicami Hallera i Mickiewicza. W opinii składających ów wniosek taka zmiana trasy umożliwiłaby mieszkańcom Zaspy–Rozstajów znacznie szybszy dojazd do dworca PKP we Wrzeszczu i zlikwidowałaby dzisiejsze dublowanie trasy autobusowej przez tramwajową. W odpowiedzi na moją interpelację, odpowiedzialny za sprawy gospodarki komunalnej i komunikacji zastępca prezydenta Gdańska, p. Maciej Lisicki napisał:

 

„po przeprowadzeniu analizy istniejącej sprawy, stwierdziłem co następuje: linia autobusowa 124 zapewnia dojazd z Dworca PKP we Wrzeszczu do Szpitala Specjalistycznego na Zaspie. W „drodze powrotnej”, dzięki trasie, która przebiega ulicami Hallera i Mickiewicza, na przystanku „Baza ZKM” istnieje możliwość przesiadki na linie tramwajowe 13 i 15 w kierunku Brzeźna i Nowego Portu. Jednocześnie przystanek „Mickiewicza” jest węzłem przesiadkowym pomiędzy linią autobusową 124 i liniami tramwajowymi 2,4,8,13 i 15.

 

Skierowanie omawianej linii ulicą Chrobrego takie przesiadki uniemożliwi, gdyż przystanki „Baza ZKM” i „Mickiewicza” nie będą obsługiwane. Ponadto taka trasa będzie skutkowała bardzo dużą odległością pomiędzy przystankami. Również geometria skrzyżowania ulicy Chrobrego z Kościuszki nie pozwala na bezpieczne wykonanie manewru skrętu przez autobus standardowy.

 

Ważnym jest też fakt, że duże natężenie ruchu drogowego, zwłaszcza w godzinach popołudniowych, na ulicach Kościuszki i Legionów, będzie skutkować opóźnieniami w wykonywaniu kursów. Skutkiem tego będzie postrzeganie tej linii przez pasażerów jako nieatrakcyjnej.

 

Mając na uwadze przedstawione powyżej uwarunkowania, z przykrością informuję (...) że wprowadzenie postulowanych zmian jest niemożliwe do wprowadzenia”.

 

Argumenty prezydenta brzmią przekonująco, acz nie do końca. Otóż po ewentualnej zmianie trasy w sposób postulowany przez mieszkańców Rozstajów, dalej istniałaby możliwość przesiadki na większość wymienionych linii tramwajowych – na Placu Ks. Komorowskiego. Zresztą,   wracający z Szpitala do Nowego Portu czy Brzeźna zamiast przesiadek z autobusu na tramwaj i związanej z tym konieczności kasowania podwójnych biletów wybierają biegnącą Czarnym Dworem bezpośrednią linię 148. Nikt też nie każe „standardowym autobusom” skręcać z ulicy Chrobrego w Kościuszki i stać w korkach na niej i na al. Legionów – niech jadą prosto, do wspomnianego Placu Ks. Komorowskiego, a za nim to już ta sama droga, co obecnie. Poza tym na Hallera też są niezłe zatory.

 

Autobusy 124 nową trasą nie jechałyby więc wcale dłużej. Za to mieszkańcy Rozstajów, chcąc dotrzeć do centrum Wrzeszcza, nie musieliby robić sztucznego tłoku i podróżować aż pod molo – albo maszerować na piechotę na al. Hallera. Mieszkańcom tzw. fińskich domków jest przy tym wszystko jedno – równie im blisko tak do Chrobrego, jak i Hallera. Najbardziej na tej zmianie straciliby ...pracownicy ZKM, którzy w tej chwili pod swoją siedzibą mają zarówno przystanek tramwajowy, jak i autobusowy. Wygląda więc, że to ich interes okazał się decydujący...

 


Ruch bez ruchu

03.10.2009

 

W dniach 26-27 września br. w Gdańsku odbyły się obchody XXX-lecia podpisania deklaracji ideowej Ruchu Młodej Polski. Głównym ich punktem była konferencja na Uniwersytecie Gdańskim. W znakomicie zorganizowanym przez posła Arkadiusza Rybickiego spotkaniu wzięli udział założyciele Ruchu z Aleksandrem Hallem i Markiem Jurkiem na czele. Wśród gości szczególnie gorąco witano abpa Tadeusza Gocłowskiego, a także Leszka Moczulskiego i Wiesława Chrzanowskiego. Pozdrowienia dla uczestników nadesłali nieobecni Lech Wałęsa i Donald Tusk.

 

Podczas konferencji kolejni prelegenci – Aleksander Hall, prof. Andrzej Friszke, Marek Gadzała, Wiesław Walendziak, Mirosław Rybicki – przypomnieli dzieła Ruchu Młodej Polski   – pisma „Bratniak”, „Politykę Polską” i (już po czerwcu 1989) tygodnik „Młoda Polska”, działalność wydawniczą, akcje samokształceniowe i polityczne, w tym manifestacje z okazji świąt narodowych. Wszyscy uczestnicy i goście otrzymali też nigdy dotąd niewydany – z powodu wprowadzenia stanu wojennego – nr 30 „Bratniaka” oraz przygotowane specjalnie na konferencję okolicznościowe wydania „Bratniaka” nr 31 i „Młodej Polski” nr 73 (zawierające wybrane teksty z wcześniejszych numerów). Następnie odbyła się dyskusja z udziałem liderów RMP i zaproszonych gości, m.in. Janusza Lewandowskiego i Jana Lityńskiego. O ile np. Wiesław Walendziak twierdził, że Polska ze swoim żywym katolicyzmem jest fenomenem w Unii Europejskiej – a to dzięki temu, że architektami przemian politycznych w Polsce byli ludzie prawicy, w tym „młodopolacy” (ciekawe, ale za tzw. komuny nikt w środowisku, ani poza nim nie stosował tego ukutego grubo później dla celów legendarno-hagiograficznych określenia). Ów entuzjastyczny ton studził Janusz Lewandowski, według którego chrześcijaństwo jest już w defensywie; najbardziej witalną religią w Europie jest islam – a „tożsamość europejską” trzeba budować „z pominięciem czynnika światopoglądowego”.

 

W trakcie debaty szukano m.in. odpowiedzi na pytanie – dlaczego u zarania III RP na bazie środowiska Ruchu Młodej Polski nie powstała licząca się formacja polityczna, chociaż posiadało ono wszystkie ku temu atuty: długoletnią działalność antykomunistyczną, wyraźny „kręgosłup ideowy”, znanych działaczy o stosunkowo młodym (30-35 lat) wieku, „dojścia” do mediów i wpływowych wówczas ludzi – słowem wszystko, co dawało dobrą markę na powstającym dopiero co politycznym rynku. Przyczyn upatrywano na ogół w podziałach wywołanych bieżącą polityką lat 1989-90: aczkolwiek Aleksander Hall zasiadł przy „okrągłym stole”, niemniej środowisko RMP, niechętne wobec wystawienia w wyborach 4 czerwca 1989 r. zdominowanej przez KOR „drużyny Wałęsy” – z wyjątkiem Marka Jurka – w nich nie wystartowało. Mało kto mógł wtedy przypuszczać, że fotografia z przywódcą „S” okaże się być przepustką do uczestnictwa w „wielkiej polityce” tamtego (i nie tylko tamtego...) okresu – liderzy RMP znaleźli się poza nią. Nie tylko zresztą oni – np. KPN i UPR, z podobnym efektem, również.

 

Wkrótce jednak Aleksander Hall wszedł do rządu Tadeusza Mazowieckiego jako minister ds. kontaktów z ugrupowaniami politycznymi, w wyniku czego w wyborach prezydenckich jesienią 1990 r. popierał kandydaturę „Siły Spokoju”, do której był zbliżony także mentalnie. Z kolei jego gdańskich kolegów „zagospodarował” Lech Wałęsa – po objęciu przezeń urzędu Prezydenta RP Grzegorz Grzelak i Arkadiusz Rybicki zostali ministrami w jego Kancelarii. Młodsi o dekadę działacze, którym przewodził Wiesław Walendziak, nie mieli ochoty popierać ani Mazowieckiego, ani Wałęsy – postawili na ideowość i wybrali ZChN, swoim guru czyniąc Wojciecha Wasiutyńskiego , przedwojennego endeka z emigracji, za którego – co ujawnił na konferencji Walendziak – prywatne 30 tys. dolarów uruchomili w 1989 r. druk tygodnika „Młoda Polska”. Niebawem ZChN, z racji chociażby twardego sprzeciwu wobec aborcji, stało się medialnym „chłopcem do bicia”, synonimem obciachu i oszołomstwa. Pomimo to sam Walendziak został pierwszym prezesem odnowionej TVP, a następnie wpływowym parlamentarzystą AWS i PiS (w odniesieniu do niego skrót ten rozszyfrowywano niekiedy jako „Postrach Ireny Santor”: w 2000 r. znana piosenkarka wyznała bowiem „szczerze”, iż popiera Aleksandra Kwaśniewskiego,   ponieważ „boi się Walendziaka”). Reasumując, środowisko Ruchu Młodej Polski padło ofiarą swojej ideowości, na którą nie było (i nie ma) zapotrzebowania.

 

Jest wszakże jeszcze jedna – jak sądzę, nie mniej istotna – przyczyna, o której na świątecznej, jubileuszowej konferencji nikt nie wspomniał. Debiutując jako publicysta polityczny na łamach podziemnej jeszcze „Polityki Polskiej”, następnie intensywnie współpracując z tygodnikiem „Młoda Polska”, jeszcze w 1988 r. miałem zaszczyt znaleźć się w elitarnym gronie członków – założycieli Gdańskiego Towarzystwa Politycznego „Młoda Polska”, legalnej emanacji RMP. Dzięki temu mogłem z bliska obserwować działalność środowiska w tamtym przełomowym okresie. Uderzała w nim absolutna wręcz hermetyczność grupy przywódczej i brak otwarcia na nowych ludzi. Była to klasyczna

„partia generałów”, potrzebująca conajwyżej żołnierzy do wykonywania tego, co w zamkniętym gronie „partii wewnętrznej” postanowiono. Dziś jest to być może w polskiej polityce norma – ale wtedy, kiedy nowy system polityczny dopiero się kształtował, w ogniu sporów, dyskusji i najzwyklejszej różnicy zdań, środowisko RMP było wybitnie nieatrakcyjne i nie dawało możliwości najzwyklejszego działania osobom, które nie miały szczęścia zetknąć się z jego przywódcami w podziemiu, nie mówiąc już o karierze politycznej w najlepszym tego słowa znaczeniu.

 

Być może jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Słuchając pełnych ideowości wypowiedzi niegdysiejszych liderów Ruchu, wzniosłych haseł „tożsamości ideowej”, „podmiotowości” itp., nie sposób nie zestawić ich z rzeczywistymi dokonaniami z czasów, kiedy – pod innymi niż RMP szyldami – uczestniczyli w sprawowaniu władzy. Przypominają pod tym względem europejskich „prawicowców”, np. chadeków, którzy w trakcie osobistych z nimi kontaktów wykazują doskonałą znajomość prawicowych imponderabiliów – tyle, że sami już w to nie wierzą i postępują po tzw. najmniejszej linii oporu, co w praktyce oznacza zgodę na wszystkie żądania lewicy. Na potwierdzenie tego faktu nie trzeba było długo czekać: ledwie kilka dni po konferencji w jednym z gdańskich przedszkoli odbyła się eksperymentalna lekcja z wykorzystaniem książeczki o homoseksualnych pingwinkach, promowanej przez Roberta Biedronia w ramach „Kampanii Przeciw Homofobii”. Słowem, w czasie gdy Aleksander Hall wygłasza wzniosłe hasła o konserwatyzmie, „podmiotowości” i „tożsamości ideowej prawicy”, towarzysząca mu na jubileuszu RMP jego małżonka Katarzyna jako minister edukacji RP realizuje w placówkach oświatowych postulaty radykalnej lewicy.

 

 



Konsekracja świątyni na Zaspie
2.05.2009


Wydarzeniem dzisiejszego dnia w naszym mieście była niewątpliwie konsekracja budowanego od przeszło dwudziestu lat kościoła pw. Opatrzności Bo ż ej na Zaspie-Rozstajach, której dokonał J.Em. kard. Tarsycjusz Bertone, sekretarz stanu (odpowiednik premiera) Stolicy Apostolskiej. Jako mieszkańcowi tej właśnie dzielnicy przypadł mi zaszczyt, aby wraz z rodziną powitać naszego Wielkiego Gościa w imieniu parafian - co można było zobaczyć w bezpośredniej transmisji w telewizji Trwam.



Nowi obywatele Gdańska
23.04.2009


Na sesji w dniu dzisiejszym Rada Miasta Gdańska nadała honorowe obywatelstwo naszego miasta p. Tadeuszowi Mazowieckiemu, pierwszemu niekomunistycznemu premierowi Polski od zakończenia II wojny światowej oraz p. Helmutowi Kohlowi, wieloletniemu kanclerzowi i zjednoczycielowi Niemiec. Przy podejmowaniu stosownej uchwały w tej sprawie wstrzymałem się od głosu.  Karygodny był bowiem sposób, w jaki do tej tak delikatnej w końcu kwestii, jaką jest ka ż de bez wyjątku honorowe obywatelstwo, zabrali się inicjatorzy uchwały - Klub Radnych Platformy Obywatelskiej. Zamiast normalnego, wydawałoby się, omówienia i uzgodnienia kandydatur do tej najwy ż szej przecie ż miejskiej godności przed ich publicznym ogłoszeniem, opozycja dowiedziała się o wszystkim … z gazet.


 


Xtka jednak zlikwidowana

23.04.2009


W dniu 23 kwietnia br. podjęła uchwałę o likwidacji X Liceum Ogólnokształcącego na Przymorzu. Za przyjęciem uchwały głosowało 20 radnych, 11 - w Pomimo żarliwych protestów rodziców i uczniów, Rada Miasta Gdańska na sesji tym ni ż ej podpisany - było przeciw, nikt wstrzymał się od głosu. O wyniku głosowania zdecydowała postawa radnych Platformy Obywatelskiej, których klub wprowadził partyjną dyscyplinę. Postanowiono najwyraźniej pójść za ciosem i wykorzystać „sukces”   sprzed dwóch miesięcy, kiedy to głosami radnych PO podjęto uchwałę o zamiarze likwidacji liceum z dniem 31 sierpnia 2012 r. Argumentowano wtedy, ż e jest to przecie ż tylko „uchwała intencyjna”, która niczego jeszcze nie przesądza.  Teraz zaś szkołę zlikwidowano, skracając   zarazem – zapewne jako karę za uczniowskie protesty – jej czas istnienia o okrągły rok.

Uchwała zakłada bowiem likwidację szkoły w drodze tzw. wygaszania z dniem 31 sierpnia 2011 r.   Po tym terminie budynek najprawdopodobniej zostanie sprzedany lub wynajęty na potrzeby szkolnictwa niepublicznego. Wielka szkoda, ż e  szkoła o tak wielkim dorobku nie tylko edukacyjnym, lecz także kulturalnym - by wspomnieć chociażby klub miłośników bursztynu oraz (rzecz w szkołach średnich rzadka) teatr - przestanie istnieć.   Póki co, moja ankieta na ten temat pozostaje. Gorąco zapraszam do oddawania głosów, za które serdecznie dziękuję.



Nagrody dla ludzi teatru

30.03.2009

 

W dniu 30 marca 2009 r. podczas uroczystej gali w Dworze Artusa, z udziałem Marszałka Senatu RP - p. Bogdana Borusewicza, Marszałka Województwa Pomorskiego - p. Jana Kozłowskiego, Prezydenta Miasta Gdańska - p. Pawła Adamowicza oraz gościa honorowego - p. Andrzeja Wajdy, który przybył wraz z małżonką - p. Krystyną Zachwatowicz wręczono Nagrody Teatralne Miasta Gdańska za rok 2008. Ich wyboru dokonała powołana przez Prezydenta Kapituła Nagrody, obradująca na posiedzeniu w dniu 18 marca br. pod przewodnictwem prof. dr. hab. Jana Ciechowicza. W skład Kapituły, oprócz przewodniczącego, weszli: Anna Czekanowicz-Drążewska (dyrektor Biura Prezydenta ds. Kultury), red. Mirosław Baran („Gazeta Wyborcza Trójmiasto”), prof. dr hab. Zbigniew Majchrowski oraz Marek Bumblis i Zdzisław Kościelak (radni Miasta Gdańska).   Nagrody otrzymali pp. Marek Brand (za reżyserię sztuki „Szaleństwo we dwoje” Eugeniusza Ionesco, Adam Palka (za rolę Collatinusa w operze „Gwałt na Lukrecji”) i Szymon Kaczmarek (za reżyserię „Poskromienia złośnicy” wg. Szekspira w Teatrze Wybrzeże). Szczególnie cieszy nagroda dla Marka Branda, pracującego w Teatrze w Blokowisku, mającego siedzibę w klubie „Plama” przy ul. Pilotów 11 na Młyńcu (jego kandydaturę zgłosił radny Zdzisław Kościelak). Werdykt kapituły odzwierciedla również dobrą passę i wysoki poziom artystyczny Opery Bałtyckiej osiągnięty pod dyrekcją pp. Marka Weiss-Grzesińskiego i Józefa Marii Florencio. Wystawioną przez ten zespół inscenizację opery Beniamina Brittena pt. „Gwałt na Lukrecji” zgodnie uznano za Spektakl Roku.

 



Brzechwa jednak patronem

26.03.2009

 

Na sesji Rady Miasta Gdańska w dniu 26 marca 2009 r. doszło do ponownego głosowania projektu uchwały w/s nadania imienia Jana Brzechwy Szkole Podstawowej nr 84 w naszym mieście, tym razem zgłoszonego przez Klub Radnych Platformy Obywatelskiej. Już sam fakt tej swoistej reasumpcji głosowania sprzed miesiąca (projekt Klubu PO nie różni się niczym od projektu wniesionego wówczas przez Prezydenta Miasta Gdańska) budzić musi spore wątpliwości - w ten sposób można przecież potraktować każdy projekt uchwały odrzucony przez Radę. Zgłoszony przez radnego Zdzisława Kościelaka wniosek o zdjęcie tego punktu z porządku obrad nie uzyskał jednak wymaganych 18 głosów (16 radnych było za zdjęciem i tyle samo przeciw), toteż radni Prawa i Sprawiedliwości, przeciwni honorowaniu stalinowskiego propagandzisty na znak protestu nie wzięli udziału w głosowaniu. Podobnie uczyniło troje radnych PO - pp. Iwona Dymarska, Maria Małkowska i Sylwester Pruś, którzy na czas głosowania opuścili salę. W głosowaniu imiennym, wprowadzonym na wniosek czworga radnych PO, 16 radnych (wyłącznie z PO) poparło uchwałę; aby zaistniało quorum „postarał się” radny niezależny, p. Sylwester Wysocki (ex-PO), który dość niespodziewanie dał głos wstrzymujący się. „Gwiazdą” sesji był niewątpliwie radny Piotr Dzik (PO), który głosem kolesia spod budki z piwem dukał z mównicy wiersze Brzechwy dla dzieci, za co trafił nawet do „Szkła kontaktowego” TVN. Swój „występ” zakończył szczerym odkryciem, że w wierszach tych nie ma ani słowa o Stalinie, jest za to jego, Dzika, nazwisko - i to mu w zupełności wystarczy, by zagłosować za uchwałą. Strach pomyśleć, jakimi motywacjami kieruje się ów tytan myśli przy rozpatrywaniu kwestii ekonomicznych - jest przecież przewodniczącym Komisji Polityki Gospodarczej. Na wszelki wypadek wszystkim pragnącym robić w Gdańsku interesy zawczasu współczujemy!



Rada locuta, causa finita!

15.03.2009

 

Lutowa decyzja Rady Miasta Gdańska odrzucająca projekt uchwały w/s nadania imienia Jana Brzechwy Szkole Podstawowej nr 84 wywołała mnóstwo, z reguły nieprzychylnych, komentarzy. Warto jednak zauważyć, że większość z nich jest tak trafna, jak przysłowiowe strzały kulą w płot. Nie chodziło przecież o to, że autor „Kaczki dziwaczki” napisał „kilka stalinowskich wierszy”, lecz conajmniej 6 tomów pełnych nienawiści wierszy, szydzących z przeciwników narzuconego siłą ustroju, którzy nie mieli przecież żadnych możliwości obrony swoich racji. Nie chodzi tu także o ulicę, ale o szkołę - ani o zmianę nazwy szkoły już istniejącej, lecz o nadanie nowej. Nikt też nie chce - jak imputuje to p. Lucyna Legut - „wyrywać Brzechwy z serc dzieci”, wykreślać go z listy szkolnych lektur, ani tym bardziej negować jego miejsca w kanonie narodowej literatury. Po prawdzie to owi rzekomi „obrońcy Brzechwy” robią mu niedźwiedzią przysługę podnosząc rwetes wokół jego osoby. Moje działanie polegało jedynie na tym, że ponad rok temu skierowałem pismo do radnych i prezydenta informujące o ciemnych stronach życiorysu poety, niepozwalających moim zdaniem na to, by mógł on zostać patronem szkoły w wolnej Polsce. Było wystarczająco dużo czasu, by sprawę tę załatwić po cichu, a nie przeć do konfrontacji. Ale skoro już do niej doszło, musiałem publicznie bronić swoich poglądów i nie będę chyba kajał się za to, że większość radnych była podobnego zdania! A teraz słyszę, że uchwała w tej sprawie ma być głosowana ponownie. Jest to niesłychanie groźny precedens - i ci, co go tworzą, popełniają błąd. Nie tylko w tej jednej sprawie są bowiem zwycięzcy i przegrani. Oznacza to, że odtąd każda bez wyjątku uchwała lub jej odrzucenie będą mogły być zakwestionowane i ponownie wniesione pod obrady.   Najlepiej więc będzie po prostu skorzystać z porady udzielonej Radzie Miasta Gdańska głosem anonimowego czytelnika „Gazety Wyborczej Trójmiasto”(13 marca 2009 r., str. 2), cytuję: „nic wam, politycy, do tej szkoły i do Brzechwy. Odczepcie się.”. Tak jest! Parafrazując znaną łacińską maksymę „Roma locuta, causa finita” - Rada zadecydowała, sprawa zakończona i naprawdę nie ma żadnego sensu do niej wracać.

 

 

 


Radni mówią „nie” dla piewcy Stalina

26.02.2009

 

Punktem obrad sesji Rady Miasta Gdańska w dniu 26 lutego 2009 r., który wzbudził największe zainteresowanie mediów, był niewątpliwie projekt uchwały ws. nadania imienia Jana Brzechwy Szkole Podstawowej nr 84 w Kiełpinie Górnym. Wbrew temu, co sugerowała np. TVP Gdańsk, nie było w tej sprawie zresztą żadnej „awantury”, tylko krótka, spokojna dyskusja, która nie zajęła nawet piętnastu minut z trwającego siedem godzin posiedzenia.

Także wbrew temu, co się mówi i pisze - nie ja wywołałem tę sprawę. Wskazałem jedynie - do czego miałem chyba pełne prawo - na ciemne strony działalności publicznej niewątpliwie najsłynniejszego polskiego autora książek dla dzieci, które moim zdaniem nie pozwalają czynić go patronem szkoły w wolnej Polsce, chociaż jego miejsce w naszej literaturze i lekturach szkolnych również uważam za niepodważalne. Przez prawie dekadę (1947-1956) Jan Brzechwa opublikował bowiem conajmniej sześć tomów wierszy, w których wychwalał komunistyczny system w jego najbardziej zbrodniczej postaci, pisał peany na cześć Stalina i szydził z tych, którzy usiłowali mu się przeciwstawiać - w związku z czym, chociażby przez analogię do postaci popierających swego czasu Hitlera i narodowy socjalizm, nie zasługuje aby czcić go teraz poprzez nadanie imienia placówce wychowawczej, jaką jest szkoła. Nie można jednego dnia przywracać narodowej pamięci rotmistrza Pileckiego i „żołnierzy wyklętych”, nadawać honorowe obywatelstwo ostatniemu Prezydentowi RP na uchodźstwie, nazajutrz zaś stawiać dzieciom za wzór tego, kto wyśmiewał Polskę ich marzeń i gorliwie propagował narzucony siłą szkodliwy ustrój, którego skutków - także gospodarczych - do dziś nie możemy przezwyciężyć.

Moje zastrzeżenia sformułowałem ponad rok temu, był więc czas na refleksję. Ponieważ adwersarze racji tych uznać nie chcieli, doszło do głosowania, w wyniku którego Jan Brzechwa patronem szkoły nie został. Stanowisko takie wyraziło 11 radnych PiS i 3 PO. Przeciwnego zdania było 12 radnych PO (w tym chodzący w glorii „pogromcy komunizmu” Jerzy Borowczak - jeden z inicjatorów strajku w Sierpniu 1980 r.). Czterech radnych (po 2 z PiS i PO) wstrzymało się od głosu.

Pełny tekst mojego wystąpienia w tej sprawie na sesji Rady Miasta Gdańska w dniu 26 lutego br. znajdziecie Państwo w dziale „Dokumenty”.


X LO jednak do likwidacji

26.02.2009

 

Sesja Rady Miasta Gdańska w dniu 26 lutego 2009 r. stała pod znakiem spraw oświatowych. Jedną z nich była „Uchwała w sprawie zamiaru likwidacji X Liceum Ogólnokształcącego przy ul. Jagiellońskiej 11 w Gdańsku” (druk nr 980). Przeszła ona stosunkiem głosów 19:14, za jej podjęciem był cały Klub Radnych PO, przeciw - Klub Radnych PiS oraz radny niezrzeszony - p. Sylwester Wysocki.

W dyskusji padało mnóstwo argumentów za utrzymaniem tej zasłużonej placówki, która w ub. r. hucznie, z udziałem Pana Prezydenta Pawła Adamowicza, świętowała swoje XXV-lecie i została obsypana gradem komplementów, odznaczeń i nagród. Dziś ta sama władza likwiduje szkołę, a Zastępczyni Prezydenta, p. Ewa Kamińska mówi wręcz o niej jako o „najsłabszym ogniwie gdańskiej edukacji”, co jest opinią niezwykle krzywdzącą jej nauczycieli, w wielu wypadkach dokonujących niemalże edukacyjnych cudów.

Decyzję Rady Miasta może jeszcze zaopiniować negatywnie Pomorski Kurator Oświaty. Jeżeli tego nie uczyni, w czerwcu zapadnie uchwała o ostatecznej likwidacji Liceum poprzez tzw. wygaszanie: począwszy od br. szkoła nie będzie ogłaszać nowego naboru. Aktualni uczniowie dokończą w niej swoją edukację - nie będą mieć już jednak młodszych kolegów.

I jest to jawne okrucieństwo. Z własnego doświadczenia wiem (też chodziłem do X-tki, tylko mieszczącej się na ul. Pestalozziego we Wrzeszczu, tam gdzie obecnie jest XIX LO), że bez młodszych kolegów można jeszcze przeżyć. Ale jak wytrzymać w liceum bez młodszych koleżanek?