Krótko przed Świętami Bożego Narodzenia, po długiej i
ciężkiej chorobie odszedł do wieczności śp. Wacław Baliński, wiceprzewodniczący
Rady Miasta Gdańska kadencji 1994-1998 oraz zastępca Prezydenta Miasta Gdańska
w latach 1998-2001.
Poznałem
Go latem 1993 r. Kandydowałem wtedy do Senatu RP z ramienia Unii Polityki
Realnej, On był ważnym działaczem gdańskiego Porozumienia Centrum. I chociaż
mnie wcześniej nie znał, orędował za mną u swoich kolegów z lokalnych władz PC,
aby udzielili mi swojego poparcia w wyborach do Senatu: na skutek tarć na linii
Jarosław Kaczyński – Jan Olszewski ten ostatni odszedł z PC tworząc własny Ruch
dla Rzeczypospolitej (RdR). Rozłam spowodował, że ani PC, ani RdR, w
przeciwieństwie do UPR, nie zebrały wymaganych trzech tysięcy podpisów dla
swoich kandydatów. Wacław z własnej inicjatywy nawiązał ze mną kontakt i
zaprosił na zebranie władz swojej partii. Cóż, kierujących wtedy gdańskim PC
posłów Czesława Nowaka i Edmunda Krasowskiego nie przekonałem, ale sympatia do
Wacława pozostała.
Niecały
rok później spotkaliśmy się w Radzie Miasta Gdańska, do której Wacław Baliński
wszedł z listy
Zjednoczenia dla Ziemi
Gdańskiej, utworzonej przez PC, ZChN, „Solidarność” oraz inne ugrupowania szeroko
pojętej centroprawicy i został wiceprzewodniczącym Rady. Ja tymczasem wszedłem
z listy osiągającej wtedy szczyty popularności (ponad 10% głosów we wszystkich
większych aglomeracjach) UPR i zostałem szefem Klubu Radnych tej partii,
mieliśmy więc wiele okazji do spotkań nie tylko formalnych. Przekonałem się, że
zawsze można na Niego liczyć – był daleki od intryg, taniego efekciarstwa i
pustosłowia, tak częstego po każdej stronie politycznej sceny. Kilkanaście lat
ode mnie starszy i życiowo nieporównywalnie bardziej doświadczony (chociaż
pochodził z senatorskiego rodu z Wielkopolski, urodził się w 1941 r. na
Kresach, skąd został wywieziony na Syberię), nigdy nie okazywał wyższości –
przeciwnie, nim podjął decyzję, zawsze słuchał, co mają do powiedzenia inni.
Rada
Miasta nie była wtedy dzisiejszą maszynką do głosowania, potrafiącą przyjąć 70
uchwał w trzy godziny: sesje trwały do późnych godzin wieczornych, niektóre
nawet do pierwszej w nocy; Prezydent Miasta nie znikał (jak dzisiaj) po
wygłoszeniu przemówienia o swoich sukcesach z ostatniego miesiąca, lecz
siedział wraz z radnymi do samego końca. Był bowiem wybierany przez Radę – nie
mógł więc odwoływać się do udzielonego mu przed kilku laty poparcia anonimowych
wyborców, lecz do każdego swego pomysłu musiał przekonać większość Rady. Z tym
zaś różnie bywało: radni mieli wówczas swoje zdanie, a mnogość ugrupowań i brak
5%-wej klauzuli zaporowej sprawiały, że nie musieli się obawiać pominięcia na
liście, gdyby zagłosowali inaczej niż zarządziły władze ich partii.
Nie
pamiętam już, czego dotyczyła jedna z uchwał omawianych na jednej z takich
długich sesji – musiała być dla mnie na tyle ważna, że przygotowałem doń
płomienne przemówienie. Kiedy wreszcie wszedłem na mównicę, aby je wygłosić –
zauważyłem, że prowadzący obrady Wacław przez cały czas daje mi jakieś znaki.
Kiedy skończyłem i po zwyczajowych oklaskach podszedłem do prezydialnego stołu
zapytać Go, o co chodzi – Wacław szepnął mi, że punkt porządku obrad, którego
dotyczyła wygłoszona przeze mnie mowa, będzie dopiero za chwilę... Najlepsze
jednak było to, że oprócz Niego nikt tego nie zauważył!
Po
raz kolejny zetknęliśmy się wiosną 1999 r., w trakcie przygotowań do drugiej
wizyty papieża – Polaka na gdańskim Wybrzeżu. Dane mi było zostać
przewodniczącym Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Jana Pawła II przy naszej
świątyni i w dziele tym współpracowaliśmy z władzami miasta, z których ramienia
sprawą tą zajmował się właśnie Wacław. Po jednym ze spotkań w tej sprawie
powiedział mi, że Jan Paweł II prędzej czy później zostanie ogłoszony świętym i
Plac Trzeciego Tysiąclecia z pomnikiem i naszą świątynią będzie Jego gdańskim
sanktuarium. Prawdę mówiąc, odniosłem się do tych słów sceptycznie: pomnik musi
być, ale że sanktuarium... Co tu kryć, wydawało mi się to mało realne.
Przypomniałem sobie te słowa sześć lat później, kiedy po śmierci Ojca Św. tu
właśnie gromadziły się tłumy gdańszczan i działo się tak odtąd w każdą rocznicę
tego wydarzenia. A teraz, kiedy już wiemy, że nasz Wielki Rodak zostanie
beatyfikowany, słowa Wacława wydają mi się wręcz prorocze.
Jestem
więc przekonany, że Sługę Bożego Jana Pawła II, któremu w styczniu 1997 r.
Wacław wraz z delegacją Rady Miasta Gdańska wręczał dary podczas specjalnej
Mszy św. celebrowanej w Watykanie na rozpoczęcie roku Milenium Gdańska, spotyka
teraz osobiście w Niebie...
Co mnie rajcowało?
26.11.2010
Na początek raz jeszcze dziękuję wszystkim, dzięki którym
– niespodziewanie nawet dla samego siebie – mogłem ponownie, po ośmiu latach
przerwy, zostać rajcą naszego szacownego grodu. Szczerze mówiąc, nigdy nie
przypuszczałem, że kiedykolwiek w ogóle zasiądę we wspaniałej sali obrad Nowego
Ratusza, wyposażonej w system głosowania podobny do sejmowego, którego nie ma
nawet Rada Warszawy. Spośród ogółem 910 krzyżyków, jakie 12 listopada 2006 r.
postawiono przy moim nazwisku, aż 600 pochodziło z Rozstajów; to dzięki nim, z
wydawałoby się pozbawionego szans szóstego miejsca na liście, zostałem radnym.
Tak szczęśliwe dla mnie wyniki tamtych wyborów sprawiły,
że w Radzie Miasta Gdańska zasiedli jedynie przedstawiciele dwóch ugrupowań –
Platformy Obywatelskiej (21 radnych) oraz Prawa i Sprawiedliwości (13 radnych).
Wprawdzie wiosną 2008 r. wybrany z listy PO p. Sylwester Wysocki opuścił ten
klub w proteście przeciwko wprowadzeniu dyscypliny w głosowaniu nad likwidacją
jednej z dwóch specjalnych szkół zawodowych w Gdańsku i został radnym
niezależnym – mimo to cały czas Platforma miała w Radzie tzw. stabilną
większość.
Rządząca większość bardzo źle znosiła sytuację, w której
teoretycznie wszystko było przesądzone, ale trzeba było, niestety, odsiedzieć
te 6 – 8 (a czasem nawet więcej) godzin na twardych fotelach (często – co za
męka! – bez żadnej przerwy) i fizycznie wszystko, uchwała po uchwale,
przegłosować. Toteż przy trwających dłużej sesjach zdarzało się, że to my, tzn.
opozycja na sali obrad stanowiliśmy na sali obrad większość. Praktycznie nie
miało to znaczenia, bowiem – wbrew temu, co możnaby sądzić na podstawie
medialnych relacji – 85% uchwał zapadała w zasadzie jednogłośnie. Różnica zdań,
niekiedy wręcz konflikt, dotyczyły pozostałych 15% uchwał.
Raz jednak postanowiliśmy dać naszym pełnym wyższości
koleżankom i kolegom z PO nauczkę – i widząc pustki w ich ławach zagłosowaliśmy
przy jednej z takich mało ważnych uchwał przeciw, w związku z czym uchwała ta
nie przeszła. Ileż to usłyszeliśmy wtedy pouczeń o „nieodpowiedzialności”,
„braku powagi” itp. – bo winnymi temu, że nie przeszła wniesiona przez „ich”
prezydenta uchwała byliśmy oczywiście my. Zresztą, ów ton wyższości, głębokiego
przeświadczenia naszych kolegów z PO, że ich rządy tak w państwie, jak i w
naszym mieście są czymś naturalnym, danym im raz na zawsze przez Boga i
Historię, towarzyszył nam przez całą kadencję. Rzadko kiedy na sesjach
rozpatrywano nasze merytoryczne argumenty. Byliśmy z PiSu, więc z założenia nie
mieliśmy racji. Nawet za tak ewidentny przejaw typowo gierkowskiej
niegospodarności, jak opóźniona o przeszło dwa lata budowa hali Ergo Arena na
granicy Gdańska i Sopotu, która zamiast zakładanych 100 mln zł kosztowała ponad
pięć razy więcej (dokładnie 524 mln zł) zdaniem dufnych „Platformiarzy”
odpowiadali radni PiS – bo domagali się przejrzystych procedur i uzasadnienia
wciąż rosnących kosztów.
Główna praca Rady nie odbywała się bynajmniej na
relacjonowanych przez media comiesięcznych sesjach tzw. roboczych (bo oprócz
nich są też sesje nadzwyczajne i uroczyste) – lecz w komisjach; liczą one od 5
do 7 radnych i każdy z nich obowiązany jest należeć do jednej lub dwóch. Ich
kilkugodzinne posiedzenia odbywają się kilka razy w miesiącu – dyskutowane są
na nich projekty uchwał, lecz także problemy zgłaszane przez poszczególne
instytucje, organizacje bądź poszczególnych mieszkańców. W moim przypadku były
to Komisja Kultury i Sportu oraz Komisja Samorządu i Ładu Publicznego. Pierwsza
była miejscem współpracy z licznymi w naszym mieście instytucjami kultury i
klubami sportowymi, druga – z Policją i Strażami: Miejską, Pożarną, Graniczną
itp., a także z radami dzielnic i organizacjami obywatelskimi.
Działalność w obu komisjach dała mi naprawdę wiele
satysfakcji – dzięki tej pierwszej mogłem np. zwiedzić Szaniec Jezuicki na
Starych Szkotach, całkowicie do niedawna zarośnięty gęstymi, kilkumetrowymi
krzakami, świeżo odkryte podziemia Bramy Wyżynnej czy remontowane poddasza
kościołów Św. Katarzyny i Św. Trójcy; w ramach drugiej komisji miałem okazję
uczestniczyć wraz z komendantami w/w państwowych, wojewódzkich i miejskich
instytucji odpowiedzialnych za porządek i bezpieczeństwo w wyjeździe studialnym
do Bazylei i Zurychu, gdzie pokazano nam od tzw. podszewki obiekty, na których
raptem trzy miesiące wcześniej odbywała się szwajcarska cześć Euro 2008 oraz
zapoznano nas z doświadczeniami dotyczącymi organizacji, a zwłaszcza
zabezpieczenia tej wielkiej sportowej imprezy, której kolejna edycję
już za półtora roku będziemy gościć w
Gdańsku. Sporządzony przeze mnie sześciostronicowy raport z tegoż wyjazdu
trafił do mediów. Szczególne poruszenie wywołały zawarte w nim informacje o
kosztach budowy tamtejszych stadionów – dla przykładu, budowa liczącego 42
tysiące miejsc stadionu Sankt Jakobs Park w Bazylei kosztowała 143 mln franków,
czyli około 430 mln zł, a przecież pracownicy w Szwajcarii zarabiają o wiele
więcej niż w Polsce. Kto wie, być może dzięki temu budowa stadionu w Letnicy
kosztować będzie „tylko” 620 mln zł zamiast zapowiadanego miliarda. Swoją
drogą, w takiej Szwajcarii stadion może nazywać się po prostu „Park Św. Jakuba”
(od miejsca, gdzie został zbudowany): u nas musi być „europejsko”: Baltic
Arena, Ergo Arena, PGE Arena...
Za swój osobisty sukces uważam także pomysł, aby Obwodnica
Trójmiasta nosiła nazwę Alei Kazimierza Jagiellończyka. Zgłoszony przeze mnie w
maju 2007 r., w 550 rocznicę nadania Gdańskowi przez tegoż monarchę
przywilejów, dzięki którym stał się Gdańsk oczkiem w głowie i Złotą Bramą
Rzeczypospolitej, projekt stosownej uchwały cztery miesiące później stał się
faktem. Wkrótce identyczne uchwały podjęły też Rady Gmin Kolbudy i Pruszcz
Gdański, przez które również przechodzi owa arteria, stająca się coraz bardziej
wewnętrzna trasą komunikacyjną naszej aglomeracji; rozważa się już dziś
publicznie kwestię dokładnego przebiegu nowej obwodnicy, bo konieczność jej
budowy jest już poza dyskusją.
Oprócz Komisji statutowych, przez całą kadencję
reprezentowałem Radę w komisji ds. zakupów książek do bibliotek miejskich. W
latach 2006 – 2009 byłem przedstawicielem Rady Miasta Gdańska w komisji
opiniującej przyznawanie Nagród Prezydenta oraz członkiem powołanego przez Radę
zespołu ds. przygotowania nowego Statutu Miasta, a w latach 2009 i 2010 –
członkiem kapituły Nagrody Teatralnej Miasta Gdańska. Brałem też udział w
posiedzeniach doraźnego zespołu ds. współpracy z radami dzielnic i osiedli.
W toku kadencji naliczyłem 87 złożonych przez siebie
interpelacji i zapytań, co lokuje mnie zdecydowanie w czołówce składających je
rajców. Większość dotyczyła spraw okręgu, który reprezentowałem lub jego
bezpośredniego sąsiedztwa, spraw, które wypatrzyłem sam, lub były mi zgłaszane
przez mieszkańców. Co ciekawe, przez długi czas, za wyjątkiem spraw
oczywistych, takich jak przycinka drzew lub koszenie traw na terenach
miejskich, były one kwitowane negatywnie (np. opisywana na tych stronach sprawa
zmiany trasy autobusu linii 124). Im bliżej końca kadencji, tym częściej
Prezydent i jego zastępcy przyznawali mi rację.
Regularnie składałem też wnioski do Wieloletniego Planu
Inwestycyjnego – wszystkie dotyczyły budowy i remontu tras komunikacyjnych: ul.
Powstańców Wielkopolskich i Pstrowskiego w naszym sąsiedztwie, ul. Nad Stawem
we Wrzeszczu oraz ul. Olimpijskiej w potwornie zakorkowanych Łostowicach.
Wszystkie też zostały odrzucone; do realizacji przyjęto jedynie wniosek
dotyczący prac studialnych nad odcinkiem tzw. Drogi Czerwonej (czyli planowanej
już od lat 50-tych trasy biegnącej wzdłuż torów kolejowych, odciążających więc
zatłoczoną Grunwaldzką) na odcinku pomiędzy ulicami Kołobrzeską a Kościuszki,
gdzie praktycznie nie ma żadnych przeszkód w postaci zamieszkałych budynków,
które należałoby wyburzyć. Wniosek wprawdzie przyjęto, tyle że bez
przeznaczenia środków finansowych na jego realizację, toteż póki co pozostaje
on jedynie zapisem na papierze, który – jak wiadomo – jest bardzo cierpliwy. W
przeciwieństwie do inwestorów: ledwo bowiem mój wniosek został złożony, a obok
przystanku SKM Zaspa powstał supermarket Lidla, od strony Kołobrzeskiej też
rusza jakaś budowa – jakby komuś zależało, aby ta trasa nigdy nie powstała i
byśmy po wieki wieków stali w wielokilometrowych korkach...
Są to już jednak problemy dla moich następców. W wyniku
niedawnych wyborów samorządowych zostałem od tych tyleż prestiżowych, co
czasochłonnych zajęć uwolniony. Stało się tak pomimo niemałej raczej
aktywności, stosunkowo częstych kontaktów z mediami, regularnej obecności na
łamach prasy i lepszego, jakby nie było, bo ostatniego miejsca na wyborczej
liście. Do tego, abym mógł dalej pełnić mój mandat, zabrakło 161 głosów na
listę PiS w całym, liczącym prawie 50 tys. wyborców, okręgu. Spośród nich około
120 musiałoby paść na mnie – jest to dokładnie tyle, o ile przez te cztery lata
zmniejszyła się liczba popierających mnie osób na Rozstajach – 21 listopada
padło tu na mnie 478 głosów, a zatem o 122 mniej niż w 2006 r.
Trudno o bardziej wyraziste wotum nieufności. Przyjmuję je
z pokorą, ale też z niejaką ulgą, bo już zacząłem się zbyt niebezpiecznie
wciągać w sprawy Miasta zaniedbując pracę i życie rodzinne. Niemniej wszystkim
807 osobom z całego okręgu wyborczego, obejmującego także Zaspę – Młyniec i
Przymorze Wielkie, które mimo to ponownie obdarzyły mnie swoim zaufaniem,
gorąco tą drogą dziękuję.
Po wyborach
23.11.2010
Jak już Państwu wiadomo, wybory do Rady Miasta w dniu 21
listopada br. nie przyniosły mi sukcesu. Lista Prawa i Sprawiedliwości, z
której startowałem uzyskała w okręgu Zaspa – Przymorze tylko jeden mandat:
zdobył go pierwszy na liście kol. Grzegorz Strzelczyk, któremu – jak widać –
obszernie relacjonowana (i teraz przypomniana) przez media ekskursja do
Petersburga w 2004 r. (a zwłaszcza wypity tam w nadmiarze alkohol) nie tylko
nie zaszkodziła w uzyskaniu nominacji ugrupowania tyle mówiącego o zasadach,
ale – dokładnie jak ongi Prezydentowi Kwaśniewskiemu – przyniosła popularność
wystarczającą do tego, by przez najbliższe cztery lata reprezentować wyborców.
Pozostałe cztery mandaty z naszego okręgu przypadły
rywalom z Platformy Obywatelskiej, która w wyborach tych odniosła miażdżące
zwycięstwo (26 z ogólnej liczby 34 mandatów) i może w naszym mieście robić
dokładnie wszystko, bez liczenia się z głosem rachitycznej opozycji.
Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli swój głos oddać na
mnie. Wkrótce postaram się przedstawić podsumowanie kadencji i moich podczas
niej działań.
OSTATNI, ALE NAJLEPSZY!
6.11.2010
W
dniu dzisiejszym osobistym rozdawaniem ulotek w pasażu handlowym na
Zaspie-Młyńcu Zdzisław Kościelak rozpoczął kampanię wyborczą. Hasło
„Ostatni, ale najlepszy!” – będące
swoistą
adaptacją znanego angielskiego
powiedzonka „
Last but not least” – w
sposób oczywisty nawiązuje do ostatniego, dziewiątego miejsca, z którego
Zdzisław Kościelak – mieszkaniec gdańskiej Zaspy – kandyduje do Rady Miasta
Gdańska z listy Prawa i Sprawiedliwości w swoim macierzystym okręgu, obejmującym
oprócz obu części Zaspy dzielnicę Przymorze Wielkie.
Poniżej
zamieszczamy główne elementy programu wyborczego Zdzisława Kościelaka na
nowa kadencję. Zapraszamy także do naszej
„Galerii”, gdzie zamieszczamy pełną ulotkę wyborczą kandydata.
Szanowni
Wyborcy! O tym, kto zostanie Waszym reprezentantem, nie decyduje miejsce na
liście, lecz ilość uzyskanych głosów. Dlatego głęboko wierzymy, że
dzięki Wam 21 listopada okaże się, że
ostatni będą pierwszymi!
Zdzisław
Kościelak:
Jako
radny będę zabiegał o:
►
Bezpieczeństwo wzdłuż nowych tras
komunikacyjnych
Wyczekiwana
od dawna rozbudowa układu komunikacyjnego Gdańska mieć będzie także negatywne
konsekwencje. Na przebiegających środkiem naszych osiedli mieszkaniowych
ulicach Jana Pawła II, Rzeczypospolitej, Czarny Dwór
i Obrońców Wybrzeża pojawi się znacznie
większy ruch samochodowy. Nie można dopuścić, aby dla oszczędności środków
finansowych zrezygnowano
z
zabezpieczeń chroniących życie i zdrowie mieszkańców, a zwłaszcza dzieci.
►
Zwolnienie spółdzielców z podatku za „posiadanie” ulic
Nierozwiązanym
problemem Przymorza i Zaspy są ulice wewnątrzosiedlowe, będące formalnie
własnością spółdzielni mieszkaniowych i stanowiące majątek wspólny ich
członków. I chociaż z ulic tych korzystać mogą wszyscy bez wyjątku, a
zlokalizowane są przy nich obiekty użyteczności publicznej – koszty ich
konserwacji, oświetlenia, sprzątania i odśnieżania ponoszą wyłącznie
spółdzielcy, płacąc jeszcze z tytułu ich „posiadania” podatek od nieruchomości
według stawek jak za prowadzenie działalności gospodarczej! Podatek ten, jako
istotny składnik budżetu, idzie następnie do dzielnic zdominowanych przez
budynki komunalne i prywatne na utrzymanie i remonty tamtejszych ulic będących
własnością miasta. Tę jaskrawą niesprawiedliwość należy zlikwidować poprzez
zwolnienie spółdzielni mieszkaniowych z tego podatku.
►
Straż Miejską przyjazną mieszkańcom
Straż
Miejska nie może być traktowana jako źródło dochodów, a jej funkcjonariusze jak
bezwzględni poborcy podatkowi, których najważniejszym zadaniem jest poprawa
stanu miejskich finansów, a głównymi ofiarami – Bogu ducha winni kierowcy
szukający wolnego miejsca do zaparkowania. Straż Miejska ma służyć mieszkańcom,
a jej zasadniczym i jedynym celem winno być zapewnienie spokoju i czystości w naszym
mieście.
Wystawa w Ośrodku Papieskim
12.06.2010
W
ramach obchodów XXIII rocznicy pobytu Jana Pawła II na gdańskim wybrzeżu, a
zwłaszcza pamiętnej Mszy św. na Zaspie, w Gdańskim Ośrodku Dokumentacji
Nauczania Papieża Jana Pawła II przy kościele pw. Opatrzności Bożej otwarto w
dniu dzisiejszym wystawę przypominającą pomysł i budowę ołtarza, przy którym
nasz Wielki Gość ową Mszę sprawował.
Spośród
tysięcy ołtarzy wzniesionych na szlakach niezliczonych papieskich podróży,
ołtarz gdański był niezwykły i niepowtarzalny, stanowiąc jedyne w swoim rodzaju
dzieło sztuki. Doskonale oddawał ducha naszego Miasta, współtworząc
niezapomnianą atmosferę tamtego wielkiego dnia, w której mieliśmy szczęście
uczestniczyć – i jaka szkoda, że oglądać go możemy jedynie na zdjęciach.
Już
tylko za to jego twórcy i budowniczowie, w tym niedawno zmarły Honorowy
Obywatel Miasta Gdańska, śp. Marian Kołodziej, godni są naszej pamięci.
Krupnik po gdańsku
11.06.2010
Po
majowej sesji Rady Miasta Gdańska, podczas której głosami radnych Platformy
Obywatelskiej przyjęto w Statucie Miasta zapis dający wprawdzie mieszkańcom
prawo zgłaszania własnych projektów uchwał, jednak obwarowujący je trudnym do
spełnienia – zwłaszcza dla małych społeczności lokalnych – wymogiem uzyskania
aż dwóch tysięcy podpisów. Jest to znacznie więcej niż w Gdyni lub w Sopocie,
gdzie złożyć taki projekt może odpowiednio pięciuset lub dwustu obywateli.
Decyzja
radnych PO odbiła się sporym echem w mediach. Jego wyrazem były m.in. obszerne
artykuły w „Polsce – Dzienniku Bałtyckim” oraz w „Gazecie Wyborczej
Trójmiasto”. W obu tekstach głównym bohaterem walki o uchwałodawcze prawa
obywateli jawi się ...wiceprzewodniczący Klubu Radnych PO, p. Maciej Krupa.
Warto zatem przypomnieć podstawowe, udokumentowane fakty:
- w
dniu 25 marca br. Maciej Krupa, Radny Miasta Gdańska złożył w Komisji Samorządu
i Ładu Publicznego (prowadzącej prace nad nowelizacją Statutu) podpisane przez
siebie pismo zawierające „propozycję zmiany do Statutu Miasta Gdańska”,
mówiącą, że do prawo wnoszenia projektów uchwał mieć będzie także „co najmniej
2000 mieszkańców Miasta Gdańska posiadających czynne prawo wyborcze i wpisanych
do stałego rejestru wyborców w Mieście Gdańsku”. Postulat ten został następnie
zaakceptowany przez w/w Komisję, w której PO ma zdecydowaną większość i wpisany
do przedstawionego radnym oficjalnego projektu Statutu;
-
na sesji Rady w dniu 27 maja br. uchwalającej nowy Statut radny Krupa
zagłosował
przeciw poprawce radnego Zdzisława Kościelaka, aby do
zgłoszenia obywatelskiego projektu uchwały wystarczył tysiąc, zamiast dwóch
tysięcy, podpisów. Poprawka ta uzyskała 16 głosów „za”: oprócz kompletu radnych
PiS i niezależnego Sylwestra Wysockiego poparło ją dwoje radnych PO – Agnieszka
Owczarczak i Stanisław Sikora. Przeciw było 18 radnych PO. Gdyby p. Krupa
rzeczywiście chciał tysiąca podpisów i jeszcze namówił chociażby jedną/ego
koleżankę lub kolegę – wynik głosowania byłby odwrotny i w Statucie mielibyśmy
tysiąc podpisów.
Jak
pisze „Gazeta Wyborcza”, radny Krupa chciał tysiąca podpisów, jednak
„
musiał siępoddać dyscyplinie klubowej”. Zaiste, biedaczysko. Jakiż to
straszny musi panować w owym klubie terror, skoro jego wiceprzewodniczący ,
prywatnie mąż wpływowej podobno posłanki Agnieszki Pomaskiej, przestraszył się
tak bardzo, że aż
zrezygnował z –
podobno własnych – pomysłów. I jak odważni byli owi dwoje spośród rajców PO,
którzy pomimo owego „terroru” poprawkę radnego Kościelaka postulującą tysiąc
podpisów, poparli.
Dwadzieścia lat
samorządności: samochody są, dróg brak
28.05.2010
Z
okazji XX rocznicy pierwszych w Polsce w pełni wolnych wyborów samorządowych (w
II Rzeczypospolitej w większości miast, szczególnie na Pomorzu, władzę
sprawowali mianowani przez rząd komisarze) w Teatrze Wybrzeże odbyła się
uroczysta sesja Rady Miasta Gdańska. Udział w niej wziął m.in. Prezydent Miasta
Gdańska, p. Paweł Adamowicz, który w swoim (przy)długim wystąpieniu przedstawił
dane liczbowe mające świadczyć o niesamowitym wręcz rozwoju, jaki stał się
udziałem naszego miasta w minionym dwudziestoleciu, w domyśle: pod jego
światłymi rządami: wszak przez pierwsze cztery lata był radnym, następne cztery
lata – przewodniczącym Rady Miasta Gdańska, a od 1998 r. nieprzerwanie
Prezydentem.
Z potoku
zaprezentowanych przez Pana Prezydenta liczb mogliśmy się dowiedzieć, że w 1990
r. było w Gdańsku zarejestrowanych ok. 80 tys. samochodów, z tego ponad 60 tys.
osobowych; po dwudziestu latach samorządności w miejskim rejestrze figuruje 300
tys. samochodów, z tego 230 tys. osobowych – co ma być miarą sukcesu jego,
Pawła Adamowicza, rządów. Jednak wpływ miłościwie nam panującego Pana
Prezydenta
na tak znaczący wzrost liczby
aut w naszym mieście był praktycznie żaden: jest to rezultat ogólnego wzrostu naszej
zamożności, realnego spadku cen wyrobów przemysłowych, powrotu naszej waluty do
wymienialności itp. czynników, o wrodzonej
(genius
loci...) przedsiębiorczości samych gdańszczan nie zapominając.
Od
Prezydenta, zwłaszcza takiego, który przez cały czas swoich rządów cieszył się
większością w uchwalającej budżet Radzie, zależy natomiast ilość wybudowanych i
wyremontowanych dróg na rządzonym przezeń terenie. Czy jest ich cztery razy
więcej niż na początku naszej polskiej samorządności? Odpowiedź jest oczywista:
nie!
Obywatelska tylko
z nazwy
27.05.2010
Punktem
obrad dzisiejszej sesji Rady Miasta Gdańska, który wzbudził najgorętszą
dyskusję, był nowy Statut Miasta. Polem sporu okazała się kwestia
tzw. inicjatywy obywatelskiej, czyli
możliwości wnoszenia projektów uchwał przez mieszkańców (w tej chwili prawo
takie mają jedynie radni – bądź to jako komisje Rady, kluby radnych lub
poszczególni radni w liczbie co najmniej siedmiu).
W
toku prac nad Statutem (będącym dla miasta tym, czym dla całej RP jest
Konstytucja), radny Maciej Krupa (PO) zaproponował zapis umożliwiający
zgłaszanie obywatelskich projektów przez grupę 2000 obywateli. Zdominowana
przez Platformę Obywatelską Rada Miasta Gdańska odrzuciła wniesioną przez
radnego Zdzisława Kościelaka poprawkę, aby do złożenia takiego projektu
wystarczył tysiąc podpisów – co w przeliczeniu na liczbę mieszkańców Gdańska
najlepiej odpowiada 100.000 podpisów wymaganych do przedstawienia tzw.
obywatelskiego projektu ustawy w Sejmie. Radni Platformy – przy akompaniamencie
rytualnych wręcz zaklęć o „podmiotowości”, „obywatelskości” i „samorządności”-
nie zgodzili się nawet na to, aby prawo zgłaszania projektów uchwał miały rady
dzielnic! Jak widać, Platforma „obywatelska” jest tylko nazwy...
Tragedia w rocznicę Katynia 10.04.2010 Nie ma wśród nas chyba nikogo, kto był w stanie uwierzyć w tę nieprawdopodobną wiadomość: dziś rano w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginął Prezydent RP Lech Kaczyński i jego żona Maria, a wraz z Nimi plejada wybitnych osobistości polskiego ż
ycia politycznego i publicznego.
Są wśród Nich ludzie, których - tak jak śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego - darzyłem wielkim szacunkiem: bojowniczka o wolność i prawdę - Anna Walentynowicz, Honorowy Obywatel Miasta Gdańska - Ryszard Kaczorowski, rzecznik praw obywatelskich - Janusz Kochanowski, prezes IPN - Janusz Kurtyka, poseł Zbigniew Wassermann - i wielu, wielu innych.
W sposób szczególny wspominam Tych, których znałem osobiście jeszcze z czasów zmagań z komunistycznym zniewoleniem: śp.Arkadiusza Rybickiego i śp. Macieja Płażyńskiego.
Niech dobry Bóg, który w Swoich niezbadanych wyrokach zechciał wezwać Ich wszystkich na służbę do Swego Królestwa, okaże Im Swoje Miłosierdzie i przyniesie ukojenie osieroconym Rodzinom.
Za pięć lat - z Zaspy na lotnisko w 10 minut? 18.03.2010 W dniu dzisiejszym
w sali obrad Rady M
iasta Gdańska
w Nowym Ratuszu miała miejsce debata na temat Pomorskiej Kolei Metropolitalnej. Jej organizatorami byli: Urząd Marszałkowski Województwa pomorskiego i redakcja "Polski - Dziennika Bałtyckiego". W debacie prowadzonej przez niestrudzonego orędownika kolei, redaktora Pawła Rydzyńskiego wzięło udział ponad sto osób w tym przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury, władz samorządów wszelkich szczebli, m.in. prezydent Gdyni p.Wojciech Szczurek, wiceprezydent Gdańska p.Maciej Lisicki, a także radny Zdzisław Kościelak. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za pięć lat podróż z Zaspy na lotnisko w Rębiechowie zajmie nam 10 minut, a do Kartuz niespełna godzinę. Podczas debaty radny Kościelak zadał pytanie o możliwość rozszerzenia projektu w przyszłości o istniejące już szlaki kolejowe na Olszynkę, Przeróbkę w kierunku Portu Północnego. Nikt z obecnych decydentów i ekspertów nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie - a szkoda.
Autobus
„124” po staremu
7.12.2009
Dużą spółdzielnię mieszkaniową śmiało można
przyrównać do „miasta w mieście”. Spółdzielnia taka nie tylko bowiem zarządza
budynkami mieszkalnymi i lokalami użytkowymi, ale także leżącymi wśród nich
ulicami i chodnikami oraz terenami zielonymi i rekreacyjnymi, stanowiącymi
wspólną własność jej członków. W dawnych czasach takie miejskie enklawy wyjęte
spod zarządu magistratu nazywano jurydykami. Dzisiejsze osiedla spółdzielni
mieszkaniowych różnią się od nich tym, że nie należą do pojedynczego magnata,
lecz kilku tysięcy spółdzielców.
Dawno temu stan taki siłą rzeczy powodował liczne
konflikty pomiędzy mieszkańcami – i dziś nie jest inaczej. Żeby się o tym
przekonać, wystarczy pójść np. na zebrania grup członkowskich, na których
szereg wniosków zgłaszanych pod adresem organów spółdzielni w rzeczywistości
dotyczy władz miasta – i odwrotnie. A ponieważ tak się składa, że jestem
aktualnie jednocześnie radnym miasta oraz mieszkańcem spółdzielni „Rozstaje”,
niektóre z postulatów zgłoszonych na „mojej” grupie członkowskiej pozwoliłem
sobie złożyć bezpośrednio prezydentowi Miasta Gdańska w formie interpelacji.
Jedną z takich spraw była kwestia zmiany trasy linii
autobusowej nr 124 tak, aby w drodze powrotnej ze szpitala biegła ulicami
Hallera, Gdańską i Chrobrego, zamiast – jak obecnie – ulicami Hallera i
Mickiewicza. W opinii składających ów wniosek taka zmiana trasy umożliwiłaby
mieszkańcom Zaspy–Rozstajów znacznie szybszy dojazd do dworca PKP we Wrzeszczu
i zlikwidowałaby dzisiejsze dublowanie trasy autobusowej przez tramwajową. W
odpowiedzi na moją interpelację, odpowiedzialny za sprawy gospodarki komunalnej
i komunikacji zastępca prezydenta Gdańska, p. Maciej Lisicki napisał:
„po
przeprowadzeniu analizy istniejącej sprawy, stwierdziłem co następuje: linia
autobusowa 124 zapewnia dojazd z Dworca PKP we Wrzeszczu do Szpitala
Specjalistycznego na Zaspie. W „drodze powrotnej”, dzięki trasie, która
przebiega ulicami Hallera i Mickiewicza, na przystanku „Baza ZKM” istnieje
możliwość przesiadki na linie tramwajowe 13 i 15 w kierunku Brzeźna i Nowego
Portu. Jednocześnie przystanek „Mickiewicza” jest węzłem przesiadkowym pomiędzy
linią autobusową 124 i liniami tramwajowymi 2,4,8,13 i 15.
Skierowanie
omawianej linii ulicą Chrobrego takie przesiadki uniemożliwi, gdyż przystanki
„Baza ZKM” i „Mickiewicza” nie będą obsługiwane. Ponadto taka trasa będzie
skutkowała bardzo dużą odległością pomiędzy przystankami. Również geometria
skrzyżowania ulicy Chrobrego z Kościuszki nie pozwala na bezpieczne wykonanie
manewru skrętu przez autobus standardowy.
Ważnym jest
też fakt, że duże natężenie ruchu drogowego, zwłaszcza w godzinach
popołudniowych, na ulicach Kościuszki i Legionów, będzie skutkować opóźnieniami
w wykonywaniu kursów. Skutkiem tego będzie postrzeganie tej linii przez
pasażerów jako nieatrakcyjnej.
Mając na
uwadze przedstawione powyżej uwarunkowania, z przykrością informuję (...) że
wprowadzenie postulowanych zmian jest niemożliwe do wprowadzenia”.
Argumenty prezydenta brzmią przekonująco, acz nie do
końca. Otóż po ewentualnej zmianie trasy w sposób postulowany przez mieszkańców
Rozstajów, dalej istniałaby możliwość przesiadki na większość wymienionych
linii tramwajowych – na Placu Ks. Komorowskiego. Zresztą,
wracający z Szpitala do Nowego Portu czy
Brzeźna zamiast przesiadek z autobusu na tramwaj i związanej z tym konieczności
kasowania podwójnych biletów wybierają biegnącą Czarnym Dworem bezpośrednią
linię 148. Nikt też nie każe „standardowym autobusom” skręcać z ulicy Chrobrego
w Kościuszki i stać w korkach na niej i na al. Legionów – niech jadą prosto, do
wspomnianego Placu Ks. Komorowskiego, a za nim to już ta sama droga, co
obecnie. Poza tym na Hallera też są niezłe zatory.
Autobusy 124 nową trasą nie jechałyby więc wcale
dłużej. Za to mieszkańcy Rozstajów, chcąc dotrzeć do centrum Wrzeszcza, nie
musieliby robić sztucznego tłoku i podróżować aż pod molo – albo maszerować na
piechotę na al. Hallera. Mieszkańcom tzw. fińskich domków jest przy tym
wszystko jedno – równie im blisko tak do Chrobrego, jak i Hallera. Najbardziej
na tej zmianie straciliby ...pracownicy ZKM, którzy w tej chwili pod swoją
siedzibą mają zarówno przystanek tramwajowy, jak i autobusowy. Wygląda więc, że
to ich interes okazał się decydujący...
Ruch bez ruchu
03.10.2009
W dniach 26-27 września br. w
Gdańsku odbyły się obchody XXX-lecia podpisania deklaracji ideowej Ruchu Młodej
Polski. Głównym ich punktem była konferencja na Uniwersytecie Gdańskim. W
znakomicie zorganizowanym przez posła Arkadiusza Rybickiego spotkaniu wzięli
udział założyciele Ruchu z Aleksandrem Hallem i Markiem Jurkiem na czele. Wśród
gości szczególnie gorąco witano abpa Tadeusza Gocłowskiego, a także Leszka
Moczulskiego i Wiesława Chrzanowskiego. Pozdrowienia dla uczestników nadesłali
nieobecni Lech Wałęsa i Donald Tusk.
Podczas konferencji kolejni
prelegenci – Aleksander Hall, prof. Andrzej Friszke, Marek Gadzała, Wiesław
Walendziak, Mirosław Rybicki – przypomnieli dzieła Ruchu Młodej Polski
– pisma „Bratniak”, „Politykę Polską” i (już
po czerwcu 1989) tygodnik „Młoda Polska”, działalność wydawniczą, akcje
samokształceniowe i polityczne, w tym manifestacje z okazji świąt narodowych.
Wszyscy uczestnicy i goście otrzymali też nigdy dotąd niewydany – z powodu
wprowadzenia stanu wojennego – nr 30 „Bratniaka” oraz przygotowane specjalnie
na konferencję okolicznościowe wydania „Bratniaka” nr 31 i „Młodej Polski” nr
73 (zawierające wybrane teksty z wcześniejszych numerów). Następnie odbyła się
dyskusja z udziałem liderów RMP i zaproszonych gości, m.in. Janusza
Lewandowskiego i Jana Lityńskiego. O ile np. Wiesław Walendziak twierdził, że
Polska ze swoim żywym katolicyzmem jest fenomenem w Unii Europejskiej – a to
dzięki temu, że architektami przemian politycznych w Polsce byli ludzie prawicy,
w tym „młodopolacy” (ciekawe, ale za tzw. komuny nikt w środowisku, ani poza
nim nie stosował tego ukutego grubo później dla celów
legendarno-hagiograficznych określenia). Ów entuzjastyczny ton studził Janusz
Lewandowski, według którego chrześcijaństwo jest już w defensywie; najbardziej
witalną religią w Europie jest islam – a „tożsamość europejską” trzeba budować
„z pominięciem czynnika światopoglądowego”.
W trakcie debaty szukano
m.in. odpowiedzi na pytanie – dlaczego u zarania III RP na bazie środowiska
Ruchu Młodej Polski nie powstała licząca się formacja polityczna, chociaż
posiadało ono wszystkie ku temu atuty: długoletnią działalność
antykomunistyczną, wyraźny „kręgosłup ideowy”, znanych działaczy o stosunkowo
młodym (30-35 lat) wieku, „dojścia” do mediów i wpływowych wówczas ludzi –
słowem wszystko, co dawało dobrą markę na powstającym dopiero co politycznym
rynku. Przyczyn upatrywano na ogół w podziałach wywołanych bieżącą polityką lat
1989-90: aczkolwiek Aleksander Hall zasiadł przy „okrągłym stole”, niemniej
środowisko RMP, niechętne wobec wystawienia w wyborach 4 czerwca 1989 r.
zdominowanej przez KOR „drużyny Wałęsy” – z wyjątkiem Marka Jurka – w nich nie
wystartowało. Mało kto mógł wtedy przypuszczać, że fotografia z przywódcą „S”
okaże się być przepustką do uczestnictwa w „wielkiej polityce” tamtego (i nie
tylko tamtego...) okresu – liderzy RMP znaleźli się poza nią. Nie tylko zresztą
oni – np. KPN i UPR, z podobnym efektem, również.
Wkrótce jednak Aleksander
Hall wszedł do rządu Tadeusza Mazowieckiego jako minister ds. kontaktów z
ugrupowaniami politycznymi, w wyniku czego w wyborach prezydenckich jesienią
1990 r. popierał kandydaturę „Siły Spokoju”, do której był zbliżony także
mentalnie. Z kolei jego gdańskich kolegów „zagospodarował” Lech Wałęsa – po
objęciu przezeń urzędu Prezydenta RP Grzegorz Grzelak i Arkadiusz Rybicki
zostali ministrami w jego Kancelarii. Młodsi o dekadę działacze, którym
przewodził Wiesław Walendziak, nie mieli ochoty popierać ani Mazowieckiego, ani
Wałęsy – postawili na ideowość i wybrali ZChN, swoim guru czyniąc Wojciecha
Wasiutyńskiego , przedwojennego endeka z emigracji, za którego – co ujawnił na
konferencji Walendziak – prywatne 30 tys. dolarów uruchomili w 1989 r. druk
tygodnika „Młoda Polska”. Niebawem ZChN, z racji chociażby twardego sprzeciwu
wobec aborcji, stało się medialnym „chłopcem do bicia”, synonimem obciachu i
oszołomstwa. Pomimo to sam Walendziak został pierwszym prezesem odnowionej TVP,
a następnie wpływowym parlamentarzystą AWS i PiS (w odniesieniu do niego skrót
ten rozszyfrowywano niekiedy jako „Postrach Ireny Santor”: w 2000 r. znana
piosenkarka wyznała bowiem „szczerze”, iż popiera Aleksandra
Kwaśniewskiego,
ponieważ „boi się
Walendziaka”). Reasumując, środowisko Ruchu Młodej Polski padło ofiarą swojej
ideowości, na którą nie było (i nie ma) zapotrzebowania.
Jest wszakże jeszcze jedna –
jak sądzę, nie mniej istotna – przyczyna, o której na świątecznej,
jubileuszowej konferencji nikt nie wspomniał. Debiutując jako publicysta
polityczny na łamach podziemnej jeszcze „Polityki Polskiej”, następnie
intensywnie współpracując z tygodnikiem „Młoda Polska”, jeszcze w 1988 r.
miałem zaszczyt znaleźć się w elitarnym gronie członków – założycieli
Gdańskiego Towarzystwa Politycznego „Młoda Polska”, legalnej emanacji RMP.
Dzięki temu mogłem z bliska obserwować działalność środowiska w tamtym
przełomowym okresie. Uderzała w nim absolutna wręcz hermetyczność grupy
przywódczej i brak otwarcia na nowych ludzi. Była to klasyczna
„partia generałów”, potrzebująca
conajwyżej żołnierzy do wykonywania tego, co w zamkniętym gronie „partii
wewnętrznej” postanowiono. Dziś jest to być może w polskiej polityce norma –
ale wtedy, kiedy nowy system polityczny dopiero się kształtował, w ogniu
sporów, dyskusji i najzwyklejszej różnicy zdań, środowisko RMP było wybitnie
nieatrakcyjne i nie dawało możliwości najzwyklejszego działania osobom, które
nie miały szczęścia zetknąć się z jego przywódcami w podziemiu, nie mówiąc już
o karierze politycznej w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Być może jednak nie ma tego
złego, co by na dobre nie wyszło. Słuchając pełnych ideowości wypowiedzi
niegdysiejszych liderów Ruchu, wzniosłych haseł „tożsamości ideowej”,
„podmiotowości” itp., nie sposób nie zestawić ich z rzeczywistymi dokonaniami z
czasów, kiedy – pod innymi niż RMP szyldami – uczestniczyli w sprawowaniu
władzy. Przypominają pod tym względem europejskich „prawicowców”, np. chadeków,
którzy w trakcie osobistych z nimi kontaktów wykazują doskonałą znajomość
prawicowych imponderabiliów – tyle, że sami już w to nie wierzą i postępują po
tzw. najmniejszej linii oporu, co w praktyce oznacza zgodę na wszystkie żądania
lewicy. Na potwierdzenie tego faktu nie trzeba było długo czekać: ledwie kilka
dni po konferencji w jednym z gdańskich przedszkoli odbyła się eksperymentalna
lekcja z wykorzystaniem książeczki o homoseksualnych pingwinkach, promowanej
przez Roberta Biedronia w ramach „Kampanii Przeciw Homofobii”. Słowem, w czasie
gdy Aleksander Hall wygłasza wzniosłe hasła o konserwatyzmie, „podmiotowości” i
„tożsamości ideowej prawicy”, towarzysząca mu na jubileuszu RMP jego małżonka
Katarzyna jako minister edukacji RP realizuje w placówkach oświatowych
postulaty radykalnej lewicy.
Konsekracja
świątyni na Zaspie 2.05.2009
Wydarzeniem
dzisiejszego dnia w naszym mieście była niewątpliwie konsekracja budowanego od
przeszło dwudziestu lat kościoła pw. Opatrzności Bożej na Zaspie-Rozstajach, której
dokonał J.Em. kard. Tarsycjusz Bertone, sekretarz stanu (odpowiednik premiera)
Stolicy Apostolskiej. Jako mieszkańcowi tej właśnie dzielnicy przypadł mi
zaszczyt, aby wraz z rodziną powitać naszego Wielkiego Gościa w imieniu
parafian - co można było zobaczyć w bezpośredniej transmisji w telewizji Trwam.
Nowi
obywatele Gdańska 23.04.2009
Na sesji w
dniu dzisiejszym Rada Miasta Gdańska nadała honorowe obywatelstwo naszego
miasta p. Tadeuszowi Mazowieckiemu, pierwszemu niekomunistycznemu premierowi
Polski od zakończenia II wojny światowej oraz p. Helmutowi Kohlowi,
wieloletniemu kanclerzowi i zjednoczycielowi Niemiec. Przy podejmowaniu
stosownej uchwały w tej sprawie wstrzymałem się od głosu.
Karygodny był bowiem sposób, w jaki do tej tak
delikatnej w końcu kwestii, jaką jest każde bez wyjątku honorowe obywatelstwo,
zabrali się inicjatorzy uchwały - Klub Radnych Platformy Obywatelskiej. Zamiast
normalnego, wydawałoby się, omówienia i uzgodnienia kandydatur do tej najwyższej przecież miejskiej godności przed ich
publicznym ogłoszeniem, opozycja dowiedziała się o wszystkim … z gazet.
Xtka jednak
zlikwidowana
23.04.2009
W dniu 23
kwietnia br. podjęła uchwałę o likwidacji X Liceum Ogólnokształcącego na
Przymorzu. Za przyjęciem uchwały głosowało 20 radnych, 11 - w Pomimo żarliwych
protestów rodziców i uczniów, Rada Miasta Gdańska na sesji tym niżej podpisany - było przeciw, nikt
wstrzymał się od głosu. O wyniku głosowania zdecydowała postawa radnych
Platformy Obywatelskiej, których klub wprowadził partyjną dyscyplinę.
Postanowiono najwyraźniej pójść za ciosem i wykorzystać „sukces”
sprzed dwóch miesięcy, kiedy to głosami
radnych PO podjęto uchwałę o zamiarze likwidacji liceum z dniem 31 sierpnia
2012 r. Argumentowano wtedy, że jest to przecież tylko „uchwała
intencyjna”, która niczego jeszcze nie przesądza. Teraz zaś szkołę zlikwidowano, skracając
zarazem – zapewne jako karę za uczniowskie
protesty – jej czas istnienia o okrągły rok.
Uchwała
zakłada bowiem likwidację szkoły w drodze tzw. wygaszania z dniem 31 sierpnia
2011 r.
Po tym terminie budynek
najprawdopodobniej zostanie sprzedany lub wynajęty na potrzeby szkolnictwa
niepublicznego. Wielka szkoda, że
szkoła o tak
wielkim dorobku nie tylko edukacyjnym, lecz także kulturalnym - by wspomnieć
chociażby klub miłośników bursztynu oraz (rzecz w szkołach średnich rzadka)
teatr - przestanie istnieć.
Póki co,
moja ankieta na ten temat pozostaje. Gorąco zapraszam do oddawania głosów, za
które serdecznie dziękuję.
Nagrody
dla ludzi teatru
30.03.2009
W
dniu 30 marca 2009 r. podczas uroczystej gali w Dworze Artusa, z udziałem
Marszałka Senatu RP - p. Bogdana Borusewicza, Marszałka Województwa Pomorskiego
- p. Jana Kozłowskiego, Prezydenta Miasta Gdańska - p. Pawła Adamowicza oraz
gościa honorowego - p. Andrzeja Wajdy, który przybył wraz z małżonką - p.
Krystyną Zachwatowicz wręczono Nagrody Teatralne Miasta Gdańska za rok 2008.
Ich wyboru dokonała powołana przez Prezydenta Kapituła Nagrody, obradująca na
posiedzeniu w dniu 18 marca br. pod przewodnictwem prof. dr. hab. Jana
Ciechowicza. W skład Kapituły, oprócz przewodniczącego, weszli: Anna
Czekanowicz-Drążewska (dyrektor Biura Prezydenta ds. Kultury), red. Mirosław
Baran („Gazeta Wyborcza Trójmiasto”), prof. dr hab. Zbigniew Majchrowski oraz
Marek Bumblis i Zdzisław Kościelak (radni Miasta Gdańska).
Nagrody otrzymali pp. Marek Brand (za
reżyserię sztuki „Szaleństwo we dwoje” Eugeniusza Ionesco, Adam Palka (za rolę
Collatinusa w operze „Gwałt na Lukrecji”) i Szymon Kaczmarek (za reżyserię
„Poskromienia złośnicy” wg. Szekspira w Teatrze Wybrzeże). Szczególnie cieszy
nagroda dla Marka Branda, pracującego w Teatrze w Blokowisku, mającego siedzibę
w klubie „Plama” przy ul. Pilotów 11 na Młyńcu (jego kandydaturę zgłosił radny
Zdzisław Kościelak). Werdykt kapituły odzwierciedla również dobrą passę i
wysoki poziom artystyczny Opery Bałtyckiej osiągnięty pod dyrekcją pp. Marka
Weiss-Grzesińskiego i Józefa Marii Florencio. Wystawioną przez ten zespół
inscenizację opery Beniamina Brittena pt. „Gwałt na Lukrecji” zgodnie uznano za
Spektakl Roku.
Brzechwa
jednak patronem
26.03.2009
Na
sesji Rady Miasta Gdańska w dniu 26 marca 2009 r. doszło do ponownego
głosowania projektu uchwały w/s nadania imienia Jana Brzechwy Szkole
Podstawowej nr 84 w naszym mieście, tym razem zgłoszonego przez Klub Radnych Platformy
Obywatelskiej. Już sam fakt tej swoistej reasumpcji głosowania sprzed miesiąca
(projekt Klubu PO nie różni się niczym od projektu wniesionego wówczas przez
Prezydenta Miasta Gdańska) budzić musi spore wątpliwości - w ten sposób można
przecież potraktować każdy projekt uchwały odrzucony przez Radę. Zgłoszony
przez radnego Zdzisława Kościelaka wniosek o zdjęcie tego punktu z porządku
obrad nie uzyskał jednak wymaganych 18 głosów (16 radnych było za zdjęciem i
tyle samo przeciw), toteż radni Prawa i Sprawiedliwości, przeciwni honorowaniu
stalinowskiego propagandzisty na znak protestu nie wzięli udziału w głosowaniu.
Podobnie uczyniło troje radnych PO - pp. Iwona Dymarska, Maria Małkowska i
Sylwester Pruś, którzy na czas głosowania opuścili salę. W głosowaniu imiennym,
wprowadzonym na wniosek czworga radnych PO, 16 radnych (wyłącznie z PO) poparło
uchwałę; aby zaistniało quorum „postarał się” radny niezależny, p. Sylwester
Wysocki (ex-PO), który dość niespodziewanie dał głos wstrzymujący się. „Gwiazdą”
sesji był niewątpliwie radny Piotr Dzik (PO), który głosem kolesia spod budki z
piwem dukał z mównicy wiersze Brzechwy dla dzieci, za co trafił nawet do „Szkła
kontaktowego” TVN. Swój „występ” zakończył szczerym odkryciem, że w wierszach
tych nie ma ani słowa o Stalinie, jest za to jego, Dzika, nazwisko - i to mu w
zupełności wystarczy, by zagłosować za uchwałą. Strach pomyśleć, jakimi
motywacjami kieruje się ów tytan myśli przy rozpatrywaniu kwestii ekonomicznych
- jest przecież przewodniczącym Komisji Polityki Gospodarczej. Na wszelki
wypadek wszystkim pragnącym robić w Gdańsku interesy zawczasu współczujemy!
Rada
locuta, causa finita!
15.03.2009
Lutowa
decyzja Rady Miasta Gdańska odrzucająca projekt uchwały w/s nadania imienia
Jana Brzechwy Szkole Podstawowej nr 84 wywołała mnóstwo, z reguły
nieprzychylnych, komentarzy. Warto jednak zauważyć, że większość z nich jest
tak trafna, jak przysłowiowe strzały kulą w płot. Nie chodziło przecież o to,
że autor
„Kaczki dziwaczki” napisał
„kilka stalinowskich wierszy”, lecz conajmniej 6 tomów pełnych nienawiści
wierszy, szydzących z przeciwników narzuconego siłą ustroju, którzy nie mieli
przecież żadnych możliwości obrony swoich racji. Nie chodzi tu także o ulicę,
ale o szkołę - ani o zmianę nazwy szkoły już istniejącej, lecz o nadanie nowej.
Nikt też nie chce - jak imputuje to p. Lucyna Legut -
„wyrywać Brzechwy zserc dzieci”,
wykreślać go z listy szkolnych lektur, ani tym bardziej negować jego miejsca w
kanonie narodowej literatury. Po prawdzie to owi rzekomi „obrońcy Brzechwy”
robią mu niedźwiedzią przysługę podnosząc rwetes wokół jego osoby. Moje
działanie polegało jedynie na tym, że ponad rok temu skierowałem pismo do
radnych i prezydenta informujące o ciemnych stronach życiorysu poety,
niepozwalających moim zdaniem na to, by mógł on zostać patronem szkoły w wolnej
Polsce. Było wystarczająco dużo czasu, by sprawę tę załatwić po cichu, a nie
przeć do konfrontacji. Ale skoro już do niej doszło, musiałem publicznie bronić
swoich poglądów i nie będę chyba kajał się za to, że większość radnych była
podobnego zdania! A teraz słyszę, że uchwała w tej sprawie ma być głosowana
ponownie. Jest to niesłychanie groźny precedens - i ci, co go tworzą,
popełniają błąd. Nie tylko w tej jednej sprawie są bowiem zwycięzcy i
przegrani. Oznacza to, że odtąd
każda
bez wyjątku uchwała lub jej odrzucenie będą mogły być zakwestionowane i ponownie
wniesione pod obrady.
Najlepiej więc
będzie po prostu skorzystać z porady udzielonej Radzie Miasta Gdańska głosem
anonimowego czytelnika „Gazety Wyborczej Trójmiasto”(13 marca 2009 r., str. 2),
cytuję:
„nic wam, politycy, do tej szkoły
i do Brzechwy. Odczepcie się.”. Tak jest! Parafrazując znaną łacińską
maksymę
„Roma locuta, causa finita” -
Rada zadecydowała, sprawa zakończona i naprawdę nie ma żadnego sensu do niej
wracać.
Radni
mówią „nie” dla piewcy Stalina
26.02.2009
Punktem
obrad sesji Rady Miasta Gdańska w dniu 26 lutego 2009 r., który wzbudził
największe zainteresowanie mediów, był niewątpliwie projekt uchwały ws. nadania
imienia Jana Brzechwy Szkole Podstawowej nr 84 w Kiełpinie Górnym. Wbrew temu,
co sugerowała np. TVP Gdańsk, nie było w tej sprawie zresztą żadnej „awantury”,
tylko krótka, spokojna dyskusja, która nie zajęła nawet piętnastu minut z
trwającego siedem godzin posiedzenia.
Także
wbrew temu, co się mówi i pisze - nie ja wywołałem tę sprawę. Wskazałem jedynie
- do czego miałem chyba pełne prawo - na ciemne strony działalności publicznej
niewątpliwie najsłynniejszego polskiego autora książek dla dzieci, które moim
zdaniem nie pozwalają czynić go patronem szkoły w wolnej Polsce, chociaż jego
miejsce w naszej literaturze i lekturach szkolnych również uważam za
niepodważalne. Przez prawie dekadę (1947-1956) Jan Brzechwa opublikował bowiem
conajmniej sześć tomów wierszy, w których wychwalał komunistyczny system w jego
najbardziej zbrodniczej postaci, pisał peany na cześć Stalina i szydził z tych,
którzy usiłowali mu się przeciwstawiać - w związku z czym, chociażby przez
analogię do postaci popierających swego czasu Hitlera i narodowy socjalizm, nie
zasługuje aby czcić go teraz poprzez nadanie imienia placówce wychowawczej,
jaką jest szkoła. Nie można jednego dnia przywracać narodowej pamięci
rotmistrza Pileckiego i „żołnierzy wyklętych”, nadawać honorowe obywatelstwo
ostatniemu Prezydentowi RP na uchodźstwie, nazajutrz zaś stawiać dzieciom za
wzór tego, kto wyśmiewał Polskę ich marzeń i gorliwie propagował narzucony siłą
szkodliwy ustrój, którego skutków - także gospodarczych - do dziś nie możemy
przezwyciężyć.
Moje
zastrzeżenia sformułowałem ponad rok temu, był więc czas na refleksję. Ponieważ
adwersarze racji tych uznać nie chcieli, doszło do głosowania, w wyniku którego
Jan Brzechwa patronem szkoły nie został. Stanowisko takie wyraziło 11 radnych
PiS i 3 PO. Przeciwnego zdania było 12 radnych PO (w tym chodzący w glorii
„pogromcy komunizmu” Jerzy Borowczak - jeden z inicjatorów strajku w Sierpniu
1980 r.). Czterech radnych (po 2 z PiS i PO) wstrzymało się od głosu.
Pełny
tekst mojego wystąpienia w tej sprawie na sesji Rady Miasta Gdańska w dniu 26
lutego br. znajdziecie Państwo w dziale „Dokumenty”.
X
LO jednak do likwidacji
26.02.2009
Sesja
Rady Miasta Gdańska w dniu 26 lutego 2009 r. stała pod znakiem spraw
oświatowych. Jedną z nich była „Uchwała w sprawie zamiaru likwidacji X Liceum
Ogólnokształcącego przy ul. Jagiellońskiej 11 w Gdańsku” (druk nr 980).
Przeszła ona stosunkiem głosów 19:14, za jej podjęciem był cały Klub Radnych
PO, przeciw - Klub Radnych PiS oraz radny niezrzeszony - p. Sylwester Wysocki.
W
dyskusji padało mnóstwo argumentów za utrzymaniem tej zasłużonej placówki,
która w ub. r. hucznie, z udziałem Pana Prezydenta Pawła Adamowicza, świętowała
swoje XXV-lecie i została obsypana gradem komplementów, odznaczeń i nagród.
Dziś ta sama władza likwiduje szkołę, a Zastępczyni Prezydenta, p. Ewa Kamińska
mówi wręcz o niej jako o „najsłabszym ogniwie gdańskiej edukacji”, co jest
opinią niezwykle krzywdzącą jej nauczycieli, w wielu wypadkach dokonujących
niemalże edukacyjnych cudów.
Decyzję
Rady Miasta może jeszcze zaopiniować negatywnie Pomorski Kurator Oświaty.
Jeżeli tego nie uczyni, w czerwcu zapadnie uchwała o ostatecznej likwidacji
Liceum poprzez tzw. wygaszanie: począwszy od br. szkoła nie będzie ogłaszać
nowego naboru. Aktualni uczniowie dokończą w niej swoją edukację - nie będą
mieć już jednak młodszych kolegów.
I
jest to jawne okrucieństwo. Z własnego doświadczenia wiem (też chodziłem do
X-tki, tylko mieszczącej się na ul. Pestalozziego we Wrzeszczu, tam gdzie
obecnie jest XIX LO), że bez młodszych kolegów można jeszcze przeżyć. Ale jak
wytrzymać w liceum bez młodszych koleżanek?